Fotel

Nasz wpw (wdzięcznej pamięci wyborców) prezydent Bydgoszczy Dombrowicz Konstanty zapraszał swego (a jakby to wczoraj było!) czasu, serdecznie na Wyspę Młyńską, by zobaczyć jak ona pięknieje i pięknieje.

I pięknieje!

Nie ulega wątpliwości.

Pięknieje.

I tu wypiękniała,

 i tam wypiękniała,

tam też i tam.

Nawet po tej stronie wypiękniała, która już Wyspą Młyńską nie jest, ale się łączy.

Kiedyś się łączyła w bólu i cierpieniu a teraz kładką.

Piękną białą kładką z kłódkami.

Kłódek  nawieszali, że ojej a nawet o rany!

W tym wszystkim zapomniałem się i przemierzałem Wyspę Młyńską zgodnie z tempem przemian, a więc po pewnym czasie z buźką otwartą jak karp na Wielkanoc, łapiąc powietrze. Jedni brali moją fizjognomię, że wyraża podziw i zdumienie, ale jeden taki zapytał, czy mi nie duszno, bo on lekarz i się zna.

No to mu się przedstawiłem i poszedł sobie, ździebko nadąsany, że ja jednak wcale nie w ostatnim stadium astmy jestem czy innej tam demencji starczej.

A ja po prostu jak zobaczyłem to:

To sapać zacząłem i się zastanawiać, że owszem, owszem, wyborcy prezydenta obecnie byłego Dombrowicza i Konstantego z imienia, pozbawili go wprawdzie stanowiska, ale żeby tak zaraz razem z fotelem, to jednak chyba nie, co? Prasa o tym by pisała przecież!

A dla naszego obecnego, kochanego, złociutkiego i w ogóle obywatelskiego Prezydenta, który nie na tronie, ale na Platformie siedzi mam taką drobną propozycję:

Niech jeden dziennie urzędnik Waściny przejdzie się, ruszywszy szlachetne swoje cztery litery i odnóża dolne sztuk para, przejdzie przez Wyspę i spojrzy tam, gdzie oko mędrca i szkiełko fotopstrykonu sięga…

Co? Jaśniej panie? Dobrze. Raz dziennie niech się jaki tam wachmistrz przejdzie, zajrzy pod mosty i inne zakamarki…  Jako wniosek racjonalizatorski: proszę wpisać to do obowiązków, bo inaczej to kiwać on Waszeci będzie jako ten fotel na falach.

Reklamy
Opublikowano miniatury | 5 Komentarzy

Pałac i fasada

Pojechałem dzisiaj do Lubostronia.

Byłem tam w zeszłym roku, w maju, kiedy kwitną magnolie. I obejrzałem sobie pałac. Z zewnątrz. Do środka nawet nie próbowałem zaglądać. Nie ma właścicieli, więc nie bardzo mi odpowiada patrzenie na to, jak sobie ktoś  tam wyobraża cudze życie.

Odrestaurowany, lśniący, zadbany…

Gdyby nie ordynarna tabliczka na drewnianym kołku, drutem przymocowana do zdobnego pachołka, tabliczka z napisem: Nie zastawiać.

Mam taki zwyczaj, że jeśli mogę, to odwiedzam to czy owo, by zobaczyć zmiany.

I ta tabliczka nie dawała mi spokoju.

Ordynarna tabliczka, z ofoliowaną kartką: „Nie zastawiać!”. Drutem kilkakrotnie okręconym wokoło. Matkojedyna… To się nazywa wyczucie! :))) Tym drewnianym kołkiem to odpowiedzialny po grzbiecie powinien dostać :))) Żartuję…

I ta tabliczka jest do dziś.

Kartkę jedynie zmienili.

A mówią, że papier wszystko zniesie. Widać jednak, że nie. :)))

W związku z tym zacząłem się włóczyć po okolicy pałacu, robiłem zdjęcia, nad rzeką, z tarasu na wieś no i w parku rzecz jasna także.

Są wśród innych zdjęć.

Wróciłem do domu, z poczuciem niedosytu że, mimo licznych ujęć, z których byłem zadowolony, coś jednak ominąłem.

No i przez to wszystko mam drugi już album zdjęć – bo dziś w nocy śniegu napadało troszku, rano słońce zaś nie od razu poradziło sobie z tą inwazją bieli, więc pomyślałem sobie – pojadę, nawet jeśli owo przeczucie do bani jest, to przynajmniej trochę śniegu na wiosnę też nie najgorzej może wyjść na fotografii.

Taki to był pretekst do wyjazdu.

No i sobie chodziłem po parku. Tu kwiatki śniegiem przysypane, tam sopelki, którym ciekło z nosa, jakiś ptaszek, który się nie bał i alejka, która budziła ciekawość, że poszedłem nią w dół – aż wreszcie trafiłem na to co skrywane a raczej do czego nie dochodzą wycieczki zorganizowane i inne.

Szpaler drzew wyprowadził mnie na ruiny budynku – czego? Domu Wędkarza, bo staw w pobliżu? 🙂

Ruina w pełnym tego słowa znaczeniu, nawet na 102, bo rok budowy 1909…

W roku 1800 oddano pałac do użytku, w roku 1909 ten zaś, ruinę obecną jako budynek majątku o nieznanym mi teraz przeznaczeniu, ale ważny być musiał, bo z herbem na frontonie – jest, chociaż i herb sam teraz to ruina.

Rozdwojona ściana, jakby z wydartym kawałem ciała. Co jest? Ten prześwit niezwykły. Jakby jakiś mocarz wziął ten dom i niczym kartkę papieru rozdarł na dwie części.

Ruina – ale jakże żywotna, jakże działająca na wyobraźnię.

Tu rzuciłem spojrzenie przez ramię za siebie, jakbym zerknąć chciał w stronę, gdzie obok pałacu jest nowoczesny pawilon, galeria chyba w zamierzeniu, PUCIATA się tam podpisał z jakąś jeszcze kobitką – ale tam w środku krzesła na krzesła zestawione jak stały rok temu tak stoją – pustka.

Malarz gryzdnął sobie własne nazwisko na ścianie, za którą jest pustka.

W środku ruiny parę osób gryzdnęło swoje imiona na ścianie i… zapełnili pustkę.

Martwota.

Na budyneczku obok pałacu tablica, na ścianie, że Polak tu mieszkał, poeta i patriota, dalej, niżej, przy alejce, na rozdrożu kamień, głaz wielki pamiątkowy, że ksiądz kanonik, historyk i rzecz jasna patriota, a jakże…

Jakby się nie napisało, że „patriota”, to co by kto pomyślał?

Jeszcze może „nieprawomyślnie” by pomyślał.

Jakbym słyszał daleki śmiech ludzi carskiej ochrany… Oj zakodowali nam „nieprawomyślne myślenie”, zakodowali.

Szlachetny „dawca kamienia” nawet nie zauważył…

Może to magia tego miejsce, naznaczonego, niczym grzechem pierworodnym, tym, że hrabina Skórzewska ratując majątek niby przed zemstą Rosjan za konfederowanie barskie jej męża, zadbała o to, aby już po I rozbiorze te ziemie pod berło króla pruskiego poszły.

Naszym językiem gminnym zaś mówiąc: podobno niezła laska z niej była, jeżeli król ów, raczej miłośnik innych tyłeczków niż damskie, dziecko jej zrobił. Może w ramach eksperymentu naukowego, bo oboje do nauk,  bez ironii, się garnęli a kobita ta nieprzeciętną miała umysłowość.

Tylko o niej – nic w parku, nic w okolicy, co by się w oczy rzucało – tak, najchętniej by się ją wymazało.

A jak się coś wymazuje, to to coś się powtarza – mimo to nasi uparci wychowawcy stale coś wymazują, pomijają, udają, że nie było.

Ale ta ruina z tyłu. 1909 – znaczy jeszcze za Wilusia, kajzera. Się budowało.

Dziwna ruina.

W ruinach zamczysk pojawia się czasem biała dama, a tutaj, dzisiaj, to nawet podwójnie dama dama, czyli inaczej łanie daniela, w tym jedna rzeczywiście biała.

Piękne zwierzęta.

Przez długie chwile zajmowałem się nimi i dopiero w drodze powrotnej wróciło pytanie:

A za Polski, co tu się działo?

Poszło w ruinę a teraz tak ładnie odbudowało –  i tylko gdyby nie ten kołek drewniany…to bym się nie zastanawiał:

A CO TAKIEGO ODBUDOWANO?

Czy aby nie tylko… fasadę?

Opublikowano miniatury | Dodaj komentarz

Bar u Maksa Holendra

W starej szkole leżącej na dalekim obrzeżu wsi Komorno, tuż przy szosie na Gdańsk, w pa­miętają­cym jesz­cze czasy niemieckiego cesa­rza Wil­helma bu­dynku, poga­szone były wszystkie świa­tła. Można było odnieść wrażenie, że obaj mieszkańcy starej szkoły nie wrócili jeszcze z wakacji.
Rok szkolny miał się oficjalnie rozpocząć dopiero następnego dnia, czyli w czwartek 1 września 1988 roku.
Szkołę zamieszkiwali dwaj nauczyciele.
Połowę parteru zajmował emerytowany nauczyciel szkoły podstawowej w Komornie pan Stefan Raden. Drugą połowę stanowiła stara izba lekcyjna, zdolna kiedyś połączyć w jednej sali wszystkie okoliczne dzieci, teraz jednak będąca składowiskiem wszelkich szkolnych rupieci.
Na poddaszu niewielkie dwa pokoje były od trzech lat w posiadaniu nauczyciela języka polskiego i historii pana Pawła Weitum, który przejął to mieszkanie po swym przyjacielu Adamie Dörflerze. Ten ostatni, wraz z żoną Ewą, zrezygnował z pracy w szkole w Komornie i w związku z tym musiał opuścić służbowe mieszkanie.
Mówiono, że główną przyczyną odejścia „pana Adama” ze szkoły, była decyzja przyznania mieszkania na parterze panu Radenowi, który po rozwodzie ze swoją żoną w 1984 roku wybłagał u władz gminnych wsparcie w staraniu o jakiś lokum.
Wzajemna niechęć małżonków Dörfler do pana Radena, datująca się od wiosny 1979, znana była prawie wszystkim, ale świadomość, że jeszcze mieliby być sąsiadami, przelała czarę goryczy i szkoła w Komornie straciła dwoje cenionych przez rodziców i uczniów nauczycieli.
Zgasła też wi­sząca w koryta­rzu tuż za drzwiami wej­ściowymi goła ża­rówka, przez szklaną szybę rzu­cająca nieco przybrudzo­nego światła na dwa ka­mienne stopnie a w sieni na jakąś półsple­śniałą re­produkcję obrazu Breughela „Upadek Ikara”, na któ­rej widać tylko było zaję­tych swoją pracą rolnika i rybaka oraz nogę nieszczęsnego lotnika, cała zaś reszta tak pode­szła wilgocią, że stapiała się w jedną, ciemną plamę.
Dla żarówki jednak najważniejsze było, że jej roz­grzany do czerwoności drucik, który nie wzbudzał w ni­kim uczuć in­nych niż obojętność, tej nocy mó­gł wreszcie odetchnąć a nawet skur­czyć się nieco od chłodu. Pomógł mu w tym, parę minut przed godziną dwudzie­stą pierw­szą, ostatni z trzech wchodzą­cych tu ludzi.
W zasadzie gaszenie i zapalanie światła to bar­dzo proste za­danie, ot, pstryk­nąć i już. Ale jeśli weź­miemy pod uwagę, że, z jednej strony, wyłącznik był wy­godnie położony przy drzwiach wejściowych, czyli tuż pod ręką, to jednak z drugiej strony, nikt nigdy nie połączył go ka­blem z in­nymi wyłączni­kami – ani z tym na końcu kory­tarza, przy drzwiach do mieszka­nia eme­rytowanego nauczyciela lokalnej szkoły pod­stawowej Stefana Radena, ani z tym, który znajdo­wał się na pię­trze, gdzie od nie­dawna dwa pokoje zajmował Paweł Weitum, nowy na­uczyciel języka polskiego i historii. Każdy z tych wy­łączników funk­cjonował więc abso­lutnie niezależnie i chcąc zga­sić światło na dole, za drzwiami wej­ściowymi, nale­żało albo zejść z piętra na dół i potem wracać po ciemku na górę, albo wyjść z miesz­kania na parterze i tak samo wracać po ciemku, tyle, że już nie na górę. Miesz­kaniec parteru mógł się z taką sytuacją pogo­dzić, gdyż jemu wystar­czyło zo­stawić otwarte drzwi do mieszkania i korzystać z wy­dostającego się przez nie światła. I tak też było.
Skoro tak, to tylko pojawienie się lokatora pierw­szego pię­tra, mogło wprowadzić pewną zmianę w wie­czornych zwy­cza­jach lokatora mieszkania na parterze. Istniała całkiem re­alna szansa, że ktoś inny gasić będzie światło nad scho­dami albo wreszcie po­łączy jednym ka­blem wszystkie wy­łączniki. Posia­dając tak głęboką wie­dzę, czyż można już za­kładać, iż leżeć ona będzie u pod­łoża jakiegoś konfliktu?
Dla mieszkańca parteru było bowiem oczywi­ste, że z chwilą zajęcia mieszkania na górze przez nowego loka­tora to on powi­nien wszystkie trzy wy­łączniki połączyć, dla nauczy­ciela języka polskiego to przecież żadne trudne za­da­nie, ale już dużo mniej oczy­wiste było uregulowanie strony finansowej tego poważ­nego zagadnienia, które dzięki temu prze­suwało się nie­opacz­nie a więc niebez­piecznie z dzie­dziny tech­niki w dziedzinę sto­sun­ków międzyludz­kich.
Obaj mieszkańcy starej szkoły postanowili tę sprawę szybko i po męsku załatwić. I nie da się ukryć, iż obu się to udało. Do­szło między nimi do krótkiej roz­mowy na te­mat, kto ma zapła­cić za usługę, roz­mowy do­dajmy, dość szybko prze­rwanej, gdyż ujaw­nione w jej trakcie rozbieżności, zda­wały się być nie do przezwycięże­nia.
Stary mieszka­niec zauważył rzeczowo, że on do tej pory świetnie sobie radził z ciemnością korytarza i nie widzi racjo­nalnej pod­stawy, by za­miar połączenia wy­łączników w jaki­kol­wiek sposób współfinansować, nawet w części mniej­szej niż połowa, ale gdy młody nauczyciel, podenerwo­wany nie­ugię­tością ekono­miczną sąsiada, mruknął coś o starczej śle­pocie czy o wiejskich ciemnia­kach stało się, w paradoksalny spo­sób ja­sne, że nastąpił koniec ich pierwszego spotka­nia, które każdego z nich jed­nak na swój sposób, podkreślmy to słowo – oświeciło, co do osobowości roz­mówcy.
Wzajemna niechęć tylko się pogłębiła, szcze­gólnie po tym jak stary nauczyciel przypomniał sobie, że cieszył się zaw­sze wśród młodych wielkim autory­tetem i wrócił do tematu wy­łącznika światła.
Oko­liczności tego zdarzenie były ze wszech stron aż na­zbyt jasne, bo nie dość, że aku­rat stał na krześle wy­mieniając prze­pa­loną nad wejściem do szkoły żarówkę, to jeszcze, do­słownie i w przenośni, mógł z góry spoglądać na swego są­siada.
Tym samym jednak potwierdził starą prawdę, że bę­dąc u góry traci się kontakt z dołami, albowiem stary na­uczyciel nie zauważył, iż zwraca się do czło­wieka, który po kilku so­lidnych kuflach piwa wypi­tych u Maksa Ho­lendra w barze nad jezio­rem, na­prawdę nie miał ja­snych myśli i sły­sząc coś o „syn­chro­nizacji kontak­tów, bo prze­cież można do tego wykorzystać moment prze­prowadzki”, zrozumiał z tego tylko tyle, że stary dyrektor nakazuje mu dosto­sować liczbę wie­czornych od­wie­dzin jego licz­nych znajomych do jakiegoś jego grafika odwie­dzin czy coś w tym stylu, a więc miesza się bezczelnie w jego pry­watne sprawy.
Wrzasnął coś wulgarnego pod jego ad­resem, minął starca stojącego na krześle, który z trudem utrzymywał równo­wagę a następnie, sam mając z nią poważny pro­blem, postano­wił za­mknąć drzwi za sobą, by nie wy­słu­chiwać komentarza na te­mat pijań­stwa. Czynem tym o mało co nie spowodował upadku star­szego mężczyzny. Niestety, to że obaj w tym sa­mym czasie mieli kłopot z utrzymaniem równowagi, tak fizycznej jaki i duchowej, nie sprawiło iż poczuli jakąkolwiek bliskość. Wręcz od­wrotnie.
Wywołana tym zdarzeniem piekielna awantura osiągnęła następnego dnia rano taki rozmiar, że na­wet doświadczona dyrek­torka szkoły, pani Marta Lenas, która jadąc na rowerze na pierwszą przed po­cząt­kiem roku szkolnego radę pedago­giczną usłyszała wrza­ski i zajrzała, aby spraw­dzić, co ta­kiego wyprowadziło z rów­nowagi obu męż­czyzn, nie po­tra­fiła eskalującego konfliktu zakoń­czyć, osiągając je­dynie pełne wzajemnej pogardy ob­rażone milcze­nie, ma­jące wszelkie znamiona tymcza­sowości.
Najdziwniejsze i absolutnie niewytłumaczalne były wyja­śnienia obu mężczyzn, gdyż zdając sobie sprawę z tego, jakie wrażenie wywrze na dyrektorce opowieść o tym, że pokłócili się o samotną żarówkę, udzielali od­powiedzi jeszcze mniej ja­snych niż był ich nieszczęsny korytarz wieczo­rami.
Tak więc mimo wielu słów oraz gestów poczy­nio­nych przez strony konfliktu, żarówka wieczorami i no­cami świe­ciła dalej nad drzwiami, rzucając mi­mo­wolnie światło nie tylko na naj­bliższe otoczenie.
Drugie i ostatnie zarazem źródło światła w po­bliżu szkoły pochodziło z wysokiej latarni, czyli beto­nowych belek w kształ­cie litery A, choć skoro użyłem słowa „ostatnie”, to konstrukcja powinna przypomi­nać literę Z, by dać jakąś logiczną całość. Szukać jed­nak logiki w Komornie jest zada­niem niezmiernie trudnym, ale uprze­dzając wydarzenia, wcale nie ta­kim trud­nym.
Tak dziwnie opisana latarnia stała może dzie­sięć metrów od wejścia do budynku i nie­całe trzy metry od skrzyżowania lokal­nej drogi, która łączy odległą o mniej więcej kilometr osadę Komorno z szosą biegnącą na Gdańsk.
Światło z tej latarni było niebieskawe i w związku z tym bar­dziej służyło kierowcom, ostrzega­jąc ich, że zbli­żają się do wsi niż zapóź­nionym prze­chodniom, którym nie pokazywało ni­czego więcej niż parę me­trów wokół siebie.
Jeszcze pod ko­niec ostatniej zimy, lampa miała inną ża­rówkę, dającą imitację światła słonecznego a więc rzeczywi­ście rozświetlającego mrok. Kiedy jed­nak pew­nego marco­wego dnia przestała funk­cjono­wać, z braku odpowiednich funduszy w gminie wsta­wiono tu tylko taką, jaka była pod ręką.
Ale lepiej takie coś niż nic…
Tego wieczoru, w chłodny, ostatni sierpniowy wieczór roku 1988, lampie z pomocą przy­chodził od czasu do czasu księ­życ, uza­leżniony jednak od kapryśnych chmur, które przesu­wały się po niebie.
– Widać coś? – zapytał jeden z trzech mężczyzn, któ­rzy we­szli do budynku starej szkoły i sie­dzieli te­raz pośród starych szkolnych ławek, stosów papie­rzysk, ja­kichś desek, kijów i trzech szerokich na trzy i wysokich na dwa metry szaf, wy­dzie­lających trudną do określenia ciężką i wprawia­jącą w za­dumę nad upływem czasu woń.
Jego pytanie skierowane było do człowieka w szarej ko­szuli z krótkim rękawem, dżinsach i obwią­zanym wo­kół bio­der ciem­nym swetrze, który wstał z ławki, zrobił dwa kroki w stronę okna, a potem oparty brzuchem o parapet rozglądał się, jak to czy­nią goście w nowym po­koju hotelo­wym. Chciał się w zasa­dzie oprzeć dłońmi, ale na szczęście nie zrobił tego zbyt szybko. Wyczuł bowiem, że na parapecie leżą jakieś okruszki… W sła­bym świetle księżyca uj­rzał, że to, brr…, dziesiątki mar­twych much.
Wzdrygnął się ze wstrętem, odruchowo wytarł dło­nie w spodnie a usłyszawszy pytanie, odwrócił się i prze­cząco po­krę­cił głową.
– Palić można? – zapytał trzeci z mężczyzn, naj­młod­szy, siedzący nieco dalej, jakby schowany po­między stoją­cymi pod ścianą szafami.
– Można. Byle nie za blisko okna. – odparł ten sto­jący przy oknie. Chwycił za klamkę, pociągnął.
– Niech pan nie rusza. – powiedział nieco ner­wowo męż­czyzna z papierosem. – One od lat nie były otwierane, przegniłe wszystko, wyrwie pan razem z futryną.
– Nie mam zamiaru teraz otwierać…
Jego kolega podniósł się ze swojej ławki i zbli­żył do niego.
– To jak masz zamiar do nich wyskoczyć? – za­pytał – Co, Zbyszek?
– Malowanie zajmie im trochę czasu a jak za­czną, to wy­sko­czymy… – zawahał się – niestety, tylko drzwiami. Ja biegnę w lewo, wokół szkoły, przez płot, żeby odciąć im drogę do wsi, a ty w prawo, żeby nie uciekli przez skrzy­żo­wanie. A pan…
– Na mnie nie liczcie. – odparł zdecydowanie ten z pa­piero­sem. – Ja tu jestem za świadka. To nie moja praca, tylko wasza.
– Nic panu jeszcze przecież nie zaproponowa­łem, pa­nie Pawle. – uspokoił go Zbyszek.
– Bardzo mnie to cieszy.
– Ale…
– Nie ma żadnego „ale”! Wy sobie wyjedziecie, a ja tu mu­szę mieszkać i pracować. Przylepią mi łatkę kapusia i do widzenia. To chyba jasne, co?
Zaciągnął się głęboko dymem z papierosa. Nie po­dobała mu się cała ta historia. Jacyś gówniarze malują hasła na szosie a on ma pomóc ich złapać? W zasadzie niewiele go to obchodzi, ale jeśli okaże się, że robią to miejscowi? Tłuma­czyć, że nie miał wy­boru? Wyjaśniać, że ten Zbyszek to gość ze Służby Bez­pie­czeństwa? To wszystko wyda się każ­demu dziwne. A może w ogóle ni­komu niczego nie tłuma­czyć? „Uderz w stół a nożyce się odezwą.” Pa­suje do sytuacji, gdyby nie pytany, zacząłby się usprawiedli­wiać. Tym bar­dziej, że nie ma z czego. Jeśli ich jed­nak złapią, tych „mala­rzy”, to przecież roz­nie­sie się po wsi, kto przy tym był. I wtedy będą go ludzie pytać a jeśli nie wprost, to na pewno będą ocze­kiwać, że sam coś powie. A co takiego on im miałby po­wie­dzieć? Ten esbek spotkał go na Dworcu Auto­bu­so­wym, pod­szedł do niego, przedsta­wił się, ukrad­kiem poka­zał jakąś legi­tymację i powie­dział, że razem po­jadą. Już myślał, że na komendę, że pewnie ktoś coś bzdurnego na niego doniósł, wpraw­dzie nie miał zie­lonego poję­cia, co by to miało być, ale…
Tymczasem okazało się, że razem mają jechać do niego na wieś, do Komorna. I po dro­dze on mu wy­jaśni.
– Czy to ma w ogóle sens? – zapytał Zbyszka.
Tamten wzruszył ramionami:
– Nie wiem, czy ma czy nie ma. Powiedzieli, że trzeba tę sprawę załatwić i tyle.
– Czy nie ma poważniejszych spraw?
– Chyba nie wolałby pan łapać gangsterów z bro­nią? Zresztą, ja nie jestem od tego.
Nie ma sensu próbować wyciągnąć z tego czło­wieka, o co w tym wszystkim chodzi. Może gdyby byli tylko we dwóch, powie­działby więcej, ale są we trzech.
Komen­dant gmin­nego po­sterunku milicji też się zjawił. Let­niskowo ubrany. Mówi, że z ro­dziną sobie ognisko wła­śnie rozpalili nad jeziorem. Jak zwał, tak zwał. Ciekawe, jak go za­wiadomili, skoro siedział przy ognisku nad jeziorem? Pewnie jak In­dianie, znakami dymnymi! W każdym razie siedzą tutaj we trzech i cze­kają jak jacy głupi na malarzy haseł. A ci? Czy wie ktoś w ogóle, czy oni przyjdą? I czemu nagle taki szum? Ha­sła są od wiosny, tego już się dowiedział w barze nad jezio­rem i jakoś przecho­dzono nad nimi do porządku dziennego.
Dwa dni temu, na wstępnej radzie peda­gogicz­nej przed no­wym rokiem szkolnym też było na ten temat trochę gada­nia, ale tylko do przyj­ścia dy­rek­torki. Ta zresztą, przedsta­wiwszy najpierw oficjalnie wszystkim nowego nauczyciela wychowania tech­nicznego i wuefu (bo nieoficjalnie zdążył już to sam uczy­nić), nagle chciała wy­badać, co nauczy­ciele na temat haseł na szosie myślą, ale nikt się nie kwa­pił ze składaniem jakichkol­wiek ob­szerniej­szych oświad­czeń. Ge­neralnie każdy ogra­niczał się do symulowa­nia obojętności: ot, są, ktoś je tam ma­luje białą farbą olejną.
– No, ale to pod pana nosem, prawda? – powiedziała Lenasowa w stronę nauczyciela wuefu i czekała czujnie, co jej odpowie.
– W nocy malują a ja w nocy śpię. – stwierdził Paweł spo­kojnie. – W dodatku jeszcze u rodziców, czyli w mie­ście. Tu raptem spałem może ze trzy razy.
– Ale czasem się wstaje. – Lenasowa nie da­wała za wy­graną. I spojrzała po koleżankach tak, by wszystkie wi­działy, jaka to ona potrafi być docie­kliwa.
– To wtedy patrzę, jak trafić po ciemku do kibla i nie osi­kać deski a nie czy szyby mam brudne. – spa­rował jej uderze­nie. I spojrzał po koleżankach, żeby wszystkie wi­działy, jaki to on potrafi być bezczelny.
Dyrektorka zorientowała się dzięki temu, że jest na nią zły i dała mu spokój. Tak łatwo przeszedł jego wnio­sek o przy­dział mieszkania w starej szkole, że może nale­żało tego mło­kosa bliżej nie wypytywać? Otworzyła swój czarny notes, by przejść do omawiania po­rządku ich posiedzenia.
Moment wybrała odpowiedni, tym bardziej, że grono pe­da­gogiczne popa­trzyło wy­mownie na zegarki, dając jej do zrozu­mie­nia, że osta­tecz­nie trwają jeszcze wakacje i jak pół żartem, pół serio rzekła korpu­lentna nauczycielka języka rosyj­skiego „takie traktowa­nie jedynego w tym ciele pe­dago­gicznym członka, który na stojąco potrafi sikać, jako niedo­puszczalny przeja­w zawiści biologicz­nej spotyka się ze sprze­ciwem związ­kowego kolektywu”.
Z satysfakcją odnotowano rumieniec na twa­rzy nowego na­uczyciela! Niech wie, że nie z takimi jak on miały już do czy­nie­nia.
– Myślisz, że przyjdą? – zapytał Zbyszka komen­dant po­ste­runku.
– Przyjdą albo nie.
– A jeśli nie, to co zrobimy?
– Nic.
– To znaczy jutro też? – w głosie dało się wy­czuć, że ko­mendant również nie jest zachwycony sie­dzeniem w starej sali, wypełnionej dusznym powie­trzem, wśród po­krytych kurzem ławek i połamanych krzeseł, stosów pa­pierzysk i uginających się podgni­łych desek podłogi.
– Może jutro też. – potwierdził Zbyszek bezna­mięt­nie.
– A pojutrze?
– Nie możesz zapytać o cały tydzień od razu? – znie­cier­pliwił się esbek.- Mogę. – zgodził się komendant.
– To miło z twojej strony.
– I co?
– Co co?
– Siedzimy tu do oporu, czy tak?
– Nie.
– To może nam wreszcie coś wyjaśnisz? – ko­men­dant lekko się zdenerwował. – Pytam przecież grzecznie!
– Nie martw się na zapas. Tyle ci powiem. – uciął krótko, ale bez poirytowania Zbyszek.
Paweł skrzywił się sam do siebie – ale mu się towa­rzy­stwo trafiło! Myślał, że to ja­cyś koledzy. Oka­zuje się, że ra­czej jest tak, że ten esbek nie chce nic mówić w jego obecno­ści.
Wstał z ławki. Nogą zahaczył o piramidę skła­dającą się z pę­katych starych, papierowych oraz tek­turo­wych teczek, z któ­rych wystawały nadgryzione zębem myszy i czasu poje­dyncze kartki.
W ostatniej chwili złapał chwie­jącą się górę pa­pie­rów.
– Co to za papierzyska? – zapytał go esbek.
– Nie wiem dokładnie. Wygląda na to, że tutaj jest całe szkolne archiwum.
– Przecież szkoła jest dalej.
– Tak, zgadza się, ale tam nie ma pomieszczeń na te wszystkie teczki a jedyne, gdzie można by to złożyć, pod­cieka wodą.
– To wziąć i spalić. Będzie prościej.
– To nie ode mnie zależy.
– A od kogo?
– Nie wiem.
– To dużo pan nie wiesz.
– Do wykonywania zawodu wystarczy.
– Jasne, jasne…
Popatrzył gdzie by tu zgasić papierosa.
– I nie kręć się pan z tym petem. Z daleka widać ognik.
– Boże, co za konspiracja!
– Wyjdź pan na korytarz.
– Racja.
Zaczął przeciskać się pomiędzy ławkami i pi­rami­dami papie­rów. Kolanem boleśnie uderzył w kant starego blatu, tak mocno, że aż kałamarz pod­skoczył a z niego pokulało się na podłogę coś czar­nego i miękkiego. Pewnie przestraszony pająk do­mowy. Cholera jasna!
– A może pójdę do siebie? – zaproponował roz­ciera­jąc so­bie kolano.
– Nie ma mowy. – odparł Zbyszek, patrząc na niego z po­litowaniem. – Ja myślę, że to mogą być pańscy uczniowie. Wtedy będzie do­brze, gdy pan od razu z nimi sobie porozma­wia.
– Rewelacyjny pomysł. – mruknął Paweł. – Może też po­winienem ich jeszcze aresztować?
– O tym nie mówimy. – Zbyszek nie dał się wy­prowa­dzić z równowagi. – Mam nie dopuścić, by na­malo­wano tutaj jakieś hasła. To moje zadanie.
Paweł zatrzymał się w drzwiach.
– Jeśli tak, to po kiego licha siedzimy po ciemku? Za­palmy światło, zobaczą nas.
– Gdybym był pewny, że to dzieciuchy, to tak by­śmy może i zrobili. Ale może być inaczej. Może to ktoś inny robi.
– Aha, rozumiem, że to może nabrać cech polo­wanka na grubszą rybę.
– Może…
– Wspaniały wieczór.
– Są jeszcze wspanialsze. A ten w pańskim życiu i tak przejdzie do historii.
Nie słuchał, co tamten ma jeszcze do powie­dzenia. Wy­szedł na korytarz, gdzie powietrze było zdecydowanie lepsze. Osta­tecznie tu otwierało się częściej drzwi na ze­wnątrz.
W mieszkaniu emerytowanego nauczyciela Radena panowała cisza. Wyjechał dziad dziś rano nie­spo­dziewa­nie do syna nad morze. Pies z nim. Sta­ruch wredny.
Ty­dzień temu przyłapał go, jak podsłu­chiwał pod drzwiami. Gdyby nie to, że wyszedł z łóżka nago, to prawdo­po­dobnie wy­leciałby na schody i chyba dziada zrzucił na dół. Nie, nie zro­biłby tego. Baśka by mu tego nie darowała. Ją ten pod­słu­chu­jący staruch po prostu rozśmieszył. A może tylko tak przed nim udawała? Czy to ważne? W zasadzie… No tak. Co ten ma jesz­cze z życia? Przy­najmniej posłu­chać jeszcze może.
Najważniejsze, że Baśki dzisiaj nie ma. Szczę­ście w nie­szczę­ściu. Rany, miałby siedzieć jak głupi na dole, podczas gdy taka dziewczyna czekałaby na niego. Na samą myśl o niej robi mu się gorąco. I do tego nasłu­chałby się pewnie głupich docin­ków, z tej samej serii ja­kich słuchali żonaci kumple w woj­sku. Stary mu zawsze powtarzał: „Nie żeń się przed woj­skiem, od razu masz przesrane u kaprali i innych trepów…” Póki co, po wojsku też nie zamierza się żenić. Na­wet z Baśką.
A może zrobić staremu kawał i zamiast tego rozpa­dają­cego się ze starości obrazu Breughela wstawić w ramki jakąś zdrową, nagą dziewczynę? Niech sobie do niej przykłada ucho! Pomyśli nad tym.
„Upadku Ikara” nie lubił. Przez interpretację zna­czenia tego obrazu o mało co nie oblał matury pisemnej z języka pol­skiego. Specjalną komisję mu­sieli zwoływać z jego po­wodu. Polonistka szepnęła mu to w tajemnicy. Napisał bo­wiem zda­nie, „że czę­sto w życiu się zdarza, iż ludzie znikają i nikt tego nie widzi, tak było za Breughela, tak jest i teraz…” Z wy­tłuma­czeniem tych właśnie słów „tak jest i teraz” były największe kłopoty, ale…
Skrzypnęły drzwi. Zbyszek.
– Myślałem już, że mi pan uciekł. – zażartował es­bek.
– Na razie wiążę tylko prześcieradła, potem od­waż­nie opuszczę się z parteru na trawnik. – powie­dział z nie­ukry­waną ironią.
– Kiepski dowcip.
– Jak cała ta sytuacja.
– Ma pan rację.
– To po co ten cały cyrk?
– Nie kojarzy pan? – Zbyszek znowu spojrzał na niego z politowaniem. – Zresztą… Pan tu jest nowy. Nad tym mniej­szym jeziorem wojsko ma prze­cież ośrodek wypoczyn­kowy. Jakiś ruski ge­nerał ma tu przyjechać. Jutro. W każ­dym razie nikt nie chce, żeby mu tu na za­kręcie jakieś hasła o „wolności dla Soli­darności” rzucały się w oczy. Skoro dziewczynki nie sypią mu kwiatów, to niech reszta młodzieży nie wy­pisuje mu żadnych dyr­dy­mał.
– A zna polski?
– Nie wiem.- To nie można by mu powiedzieć, że to na jego cześć? Coś o przyjaźni… – powiedział Paweł.
– Pan żartuje?
– Oczywiście. – zgodził się nauczyciel.
– Tak myślałem. – kiwnął głową Zbyszek. -Zaw­sze ktoś mu przetłuma­czy.
– Jasne. Dlatego tu są, bo zawsze – to słowo Paweł wy­mówił nieco wolniej, wyraźnie je zazna­czając. – jakiś tłu­macz się znaj­dzie.
– Ja tam ich też nie lubię.
– Dobra, dobra. Na takie gadki mnie pan nie bierz.
– Nie biorę. – zapewnił go esbek. – Rok, dwa i jest po tym systemie.
– Samo się nie rozwali.
– Samo się rozwali. To jest już jak stary, nierepe­ro­wany sa­mo­chód. Niewielu już ma chęć coś naprawiać a ci, co chcą, nie mają forsy na remont.
– Jak się rozwali, to wtedy wejdą Rosjanie i…
– Nie wejdą. – Zbyszek wzruszył ramionami, jakby był ab­solutnie pewny swego zdania. – Sami le­dwo przędą.
– To nie moja sprawa.
– Dobra, jasne, rozumiem. Boi się pan prowoka­cji, napi­sa­nego raportu.
– Nie boję się. Mam swoją pracę i reszta mnie nie ob­cho­dzi.
– A co pana obchodzi?
– Tak jak powiedziałem – moja praca.
– Tu może być ciekawie.
– Tu? – Paweł roześmiał się prawie. – Co tu może być cie­kawego? Wiocha jak wiele innych. Paru rolników indywi­du­alnych, trochę pegeeru, jacyś do­jeżdżający do pracy w mie­ście.
– Jeździł pan po okolicy?
– Tylko rowerem.
– Wystarczy. Nic panu nie wpadło w oko?
– Zależy. Parę dziewczyn…
– Jasne, pan jeszcze bardzo młody.
– No, pan też do starych nie należy.
– Ale o dobre parę lat mam więcej niż pan. Nie­ważne. – Zbyszek za­milkł na chwilę. Coś rozważał w so­bie. Zamyślił się, potem wzruszył ramionami i rzekł: – A zwrócił pan uwagę na ruiny pałacu?
– W Czortowie?
– Tak.
– Raczej smutny widok.
– A coś pan wie na ten temat?
– Nic.
– Warto popytać miejscowych. Paru ludzi jesz­cze pa­mięta tamte czasy.
– Jasne, a jak powołam się na pana, to wyśpie­wają wszystko.
Ale Zbyszek nie dał się sprowokować:
– Niech się pan nie wysila z tą głupawą ironią. – rzekł bez złości. – Rzeczywi­ście warto się temu pała­cowi przyjrzeć.
– A pan wie coś?
– Wiem tylko tyle, że jego ostatnim właścicie­lem był nie­jaki Tadeusz Czartowski.
– Czartowski z Czortowa, dobre.
– Tak, stara szlachta.
– Nigdy o nim nie słyszałem.
– A widzi pan… Może dzięki temu, że nikt o nich nie sły­szał, to ich ród się ja­koś ucho­wał. Nawet Niemcy dali mu spo­kój, chociaż nie darzył ich sym­patią. Może dla­tego, że do 1920 nazywali się von Czartowski?
– I pewnie nowa władza ludowa już mu tego spo­koju nie dała?
– Nie dała. – potwierdził Zbyszek. – Ale na­wet u lu­do­wej władzy miał jednak przynajmniej jednego znajo­mego, bo dostał cynk, że ma przeka­zać państwu pa­łac.
– No to miło z ich strony. Chcieć przejąć taką ru­inę…
– Wtedy to był piękny pałac a nie jakaś ruina!
– Aha, to znaczy władza ludowa wzięła i nie miała jak skonsumować, czyli dopuściła do zniszcze­nia.
– Też nie tak. To Czartowski sam zniszczył. Spro­sił wszyst­kich znajomych i w jeden wieczór oraz w jedną noc niszczyli wszystko, tłukli, rąbali, rozbijali… Czartowski powie­dział, że skoro nie może nic z pałacu zabrać a tylko przekazać pałac taki, jaki jest, to on oczywiście go prze­każe.
– Pewnie dobrali mu się do skóry.
– Nie dobrali, bo on nad ranem wsiadł do jakie­goś samo­chodu, pojechał jeszcze do wsi, wszedł do baru nad jeziorem i… tyle go widziano. Podobno jest gdzieś w Lon­dy­nie.
– E tam… Bajka. Jeszcze ze szkoły pamiętam zdanko na­szego pana od geografii, które zawsze nam serwował, gdy ktoś powiedział do niego „proszę pana”.
– Jakie?
– „Panowie to do Londynu pojechali.”
– To jak do niego mówiliście?
– O ile pamiętam, to jakoś bezosobowo…
– Facet z osobowością rozumiem?
– Właśnie tak. To co z tym Czartowskim?
– Nie wiem. Faktem jest, że następnego dnia pa­łac był ru­iną: bez szyb, bez drzwi, bez jednego ca­łego mebla, bez jed­nego całego obrazu, talerza, szklanki. Nawet sztućce po­wrzucali do ogniska.
– Nie było mu szkoda.
– Może i było. Kto to wie? Nikt więcej na ten te­mat nic nie mówił.
– A ci jego znajomi?
– Przyjechali i wyjechali. Nikt nie wiedział, kto to i co to byli za ludzie.
– No a służba? Niczego im nie dał. Podobno pa­no­wie mają swoich ulubionych służących, wie pan, takim, którym się zostawia jakiś zega­rek, jakąś szka­tułkę na pa­miątkę…
– Nic nie wiem na ten temat. Powiadano, że służbę Czartowski rozpuścił do domów z pustymi rę­koma.
– No to nie wierzę, by nie stali i zza krzaków nie cze­kali, by w odpowiedniej chwili z pałacu jeszcze coś dla siebie urato­wać.
– Może i patrzyli, ale nikt nic nie powiedział. No, fak­tem jest, że też ich z jakiegoś powodu nie na­ciskano. A Czortowo jest rzeczywiście zjawiskiem w pewnej mierze intere­sującym… Do­bra, my tu gadu gadu a Niemcy się zbroją, jak mawiali starzy Polacy, wracamy na nasze sta­nowisko bo­jowe. – powiedział Zbyszek i otworzył drzwi do starej klasy.
Paweł spojrzał jeszcze na obraz… Wtedy uratował ma­turę podpowiadając polonistce, że miał na myśli działania Pinocheta w Chile. Teraz by nawet nie pró­bował! Trzeba być sobą. Rze­czywiście? Maturę prze­cież już ma… Boże, co za czasy!
I wszedł za esbekiem do starej klasy.

Nad jeziorem

Spławik podskoczył. Antenka zachybotała się w prawo i lewo, zeszła gwałtownym skosem pod wodę, zo­sta­wia­jąc za sobą smużkę pęcherzyków powietrza. W po­bliżu łodzi żyłka leżąca jeszcze na po­wierzchni wody jak włos w zu­pie, zaczęła szybko znikać. Ciche dzwonienie od szczytu wędzi­ska spra­wiło, że stary człowiek zajęty okrę­caniem linki ko­twicznej na drew­nianej szpuli, wy­prosto­wał się.
– Co ci tak spieszno? – mruknął niby gderliwie, ale bez trudu można w tym było wyczuć nutę zado­wolenia. Do­piero tu przypłynął, przeczuwając, że właśnie tego ranka może liczyć na większą rybę i le­dwo zarzucił a już jest pierw­sze branie…
Spławika nie było.
Joachim Westholz mocno uchwycił wędkę, pal­cami przy­trzymał żyłkę zwisającą między ostatnią przelotką a kołowrot­kiem, westchnął do Boga i… za­ciął.
Czy zacięcie było zbyt silne, czy ryba właśnie chciała zejść jesz­cze głębiej, dość, że spławik niczym rakieta wy­strze­lona z mi­niaturowej łodzi podwodnej wyskoczył w powietrze i przela­tując nad głową męż­czyzny, wpadł w trzciny.
– Przepraszam, panie Boże… – wyszeptał sta­rzec. – Na drugi raz westchnę nieco dokładniej.
Spojrzał za siebie, ale nie mógł dostrzec, gdzie w za­ro­ślach może być jego zielono – czerwony spła­wik z wysoką antenką o trzech białych paskach. Zaczął po­woli zwijać luźną żyłkę a idąc jej śladem, wreszcie wypatrzył, gdzie wśród trzcin, wplątany w liście, utkwił jego spławik. Do­brze, że nie okręcił się wokół ja­kiejś gałęzi niedalekich drzew, bo wtedy trzeba tam płynąć, cu­dować z równo­wagą na łodzi, szarpać, ugi­nać, a jeśli byłby zbyt wysoko, w gałę­ziach, to po pro­stu odciąć żyłkę i czekać aż wnuk się jaki pojawi w pobliżu, który lżej­szy jest i dla dziadka jak małpa wle­zie na drzewo po nie­szczęsny spławik.  Ale, co najgor­sze, wnuka trzeba popro­sić. A prosić nikogo Joachim nie lubił, nawet wnuka!
– A tobie, pętaku – mruknął w stronę, gdzie już dawno zniknął ślad po rybie – nogi z dupy powyry­wam.
Odłożył wędkę na bok.
– …jak złapię! – dokończył myśl.
Robaka na ha­czyku nie było, albo ryba wzięła go ze sobą, albo stra­cił go w trzcinach. Szkoda go, kopał dzisiaj w coś za suchym miejscu tej kupy obor­nika i dlatego wiele sobie nie nakopał. Ile tych dżdżow­nic ma? Dwa­dzieścia? Dobra, niech będzie, więcej nie trzeba, nie za­mierzał siedzieć nad wodą cały dzień, chociaż dzisiaj przy tej pogodzie nie byłby to wcale zły pomysł. Ale… no, bez przesady, zdarza mu się na­gle przysnąć w łódce, już raz o mało we śnie nie wleciał do wody a skończyć jako topielec nie było jego marzeniem. Obrzydziłby wszystkim znajo­mym przy­chodzenie tutaj na węgorze. Nieprzyjemna myśl i wolał sobie nie wyobrażać, gdzie taka ryba wchodzi w topiel­ców, brr… Przeszedł go bar­dzo nieprzyjemny dreszcz.
Joachim, mimo swoich siedemdziesięciu pięciu lat, miał bardzo żywą wyobraźnię. Ale to dzięki niej mógł teraz sie­dzieć tu sobie i łowić ryby. Gdyby nie potrafił sobie szybko pewnych rzeczy wyobrazić, sie­działby pew­nie gdzie indziej, albo raczej… już leżałby. „Ludzi do ob­robienia tych pól bę­dziecie potrzebo­wać, a ich nie będzie, jak pozwolicie nas wywieźć!”, krzyk­nął do jakiegoś pol­skiego oficera, który konno przyje­chał pałac Czartowskiego zobaczyć i trafił akurat na grupę radzieckich sołdatów, którzy ludzi tam spę­dziwszy, wybierali z jakiejś listy „na wywózkę”, bo, jak jakiś z nich wrzasnął, „przyszli Ger­mańców wzjat”. A tu jakiś Westholz po polsku krzyczy! Dla Ru­skich Westholz jest Niemiec a Grenda jest Polak. I tłu­macz tu, że jest inaczej, gdy ktoś naganem przed oczami macha. I choć Grenda za Polski był Grzęda, to przecie człowiek porządny, z czwor­giem dzieci…
Polski oficer wiedział to już chyba, bo też nic Ru­skim nie tłumaczył, tylko wystrzelił w powietrze i poma­chał jakimś pa­pierem. Była tam pieczęć i pod­pisy, pod słowami, że Czortowo teraz polskie ma być, razem z ludźmi… Rosjanie pa­trzyli na niego podejrz­liwie, bo pa­pier powinien być i po rosyjsku napi­sany a nie był, ale jak on im pałacową piwnicę z alkoholem obiecał, to się jakoś udobruchali i targu dobili.
Czartowskiego w pałacu nie było, wrócił dopiero pod wie­czór, właśnie z papierem radzieckiego ko­mendanta, że pałac i lu­dzie… I nie mógł uwierzyć, że tu już był taki i papier po­kazał Ruskim, i ich urato­wał. Kłopot tylko był taki, że też piwnicą alkoholu płacił, a tu ją ruskie opróż­nili już a drugiej Czartowski nie miał. To wtedy właśnie Maks Ho­lender cały swój bimber poświęcił. Hm, tak, cały? Trudno w to uwie­rzyć, znając Maksa, ale może tak było. Czasy były niezwykłe.
A Westholzowi oficer dał ten polski papier tak na wszelki wy­padek jak i na pamiątkę.
Joachim parsknął śmiechem, gdy sobie tę scenę przy­po­mniał, jak Tadeusz Czartowski zdumiony na wszyst­kie strony oglądał tę kartkę papieru, na której było napi­sane, że okazi­cie­lowi powyższego doku­mentu wolno re­kwirować węgiel i drewno na opał w lasach na północ od miasta aż do wsi Czortowo. I coś o fantazji ułańskiej wspomniał.
O tym oficerze na koniu opowiadano, że on w ten sposób wielu ludzi przed Syberią uchronił, ale w końcu go złapali i bez wielkich ceregieli zastrzelili na wzgórzu przy jeziorze, tam gdzie teraz wielki krzyż stoi.
Spojrzał w bezchmurne, ale jeszcze szare niebo, potem na spokojną wodę jeziora i stwierdził z nieja­kim smutkiem, że groźba wypowiedziana przed chwilą wobec ryby, musiała ją porządnie na­straszyć, bo najmniejszy plusk, naj­mniejszy krąg na wodzie nie zdradzał jej obec­ności. Nawet ukleje przestały się kręcić. A może podsłu­chiwały jego wspomnie­nia?
Uśmiech przeleciał mu przez wargi, wzruszył lekko ra­mio­nami i powiedział do siebie:
– Hę, a to może szczupak – bandyta się poja­wił? Albo okoń – garbusek? No, to już prędzej. Ale fali nie ma a okoń lubi falę. Może tak na żywczyka spróbo­wać? – i sięgnął ręką do starej wojskowej me­nażki, w której trzy­mał trzy niewiel­kie żywce. Znalazł ją tutaj zimą 45 roku w pobliżu wielkiego leja. Miała wielką dziurą w wieczku. W środku grzechotał jakiś ka­wał metalu, odłamek czy coś… A w domu ojciec na­krzyczał strasznie na niego, pasem prawie chciał przylać, jak jakiemu dzieciuchowi za to, że polazł tam do lasu, gdzie mo­gły być jesz­cze miny a potem po­chwalił, że przyniósł jed­nak, bo to pewno na coś może się przydać. No, taki był.
Myślał tak czy gadał głośno do siebie? Gadał. Maks Ho­len­der już mu na to zwracał uwagę, że gada sam do siebie. Ale teraz może, jest tu sam. Sięgnął znowu do me­nażki, bo zoba­czył, że ręka zawisła nad żywcami.
Joachim wiedział, że w tym miejscu musi być duża ryba. Zenek Anker nie tłu­cze tu prądem. Chęt­nie by to zro­bił, ale wtedy miałby nie tylko z Joachi­mem do czy­nienia, ale i z Mak­sem, a tego się boi z ja­kiegoś po­wodu. Na dru­gim jezio­rze, gdzie wojsko ma swój ośrodek, niech sobie robi, co chce a ra­czej, co mu każą, ale tu… wara! Od cypla z jednej strony, po grupę zalanych drzew z drugiej, w tej części je­ziora, które ni­czym mniejsze koło olbrzy­miej cyfry osiem, ciągnęła się od wsi w głąb lasu, Anker mógł od czasu do czasu zaciągnąć sie­cią, ale prądem? „Zro­bisz to tam za drzewami, to ja sam wsadzę ci anodę w dupę i podłączę…”, powie­dział Maks kilka dobrych lat temu, gdy zobaczyli, ile pięknych ryb wypłynęło po jed­nym tylko włączeniu. I rybak obiecał, że drugiej, mniej­szej części jeziora prądem nie ruszy. Jak dotąd do­trzymał słowa.
Joachim założył małą płotkę na kotwiczkę, za­rzucił pod trzciny, ale nie za blisko. Nie za blisko! A jednak, będzie musiał poprawiać. Płotka od razu za­częła cią­gnąć w pod­wodne zarośla. Instynkt jej mó­wił, że tam ma szanse. Pod­ciągnął ją bliżej łódki.
Nie czekał długo. Duży, gruby spławik poszedł pod wodę. Jeden raz, drugi. Wciągnąć po­trafi nawet mała płotka, ale przytrzymać na dłu­żej już tylko wy­rośnięta ryba. Ta trzymała długo, podnieca­jąco długo! Podciągnął delikatnie żyłkę. Bar­dzo deli­kat­nie. Jest. O, siedzi. Siedzi! Zaciął. Poczuł opór i walkę pod drugiej stronie żyłki. Jest i to kawał kloca!
Teraz tylko nie poluzować żyłki. Ostatnio zda­rza mu się to. A jak szczupak wyczuje luz, to wyko­nuje wtedy dwa, trzy ruchy, majtnie się w prawo, w lewo, znowu w prawo i odha­cza się. Przeżył to ostat­nio, rutyna go zawio­dła… a może to tylko zamy­śle­nie? Jakie zamy­ślenie? Te kilka sekund są jak sen, który się śniło i którego nie można sobie po przebu­dzeniu przypo­mnieć. Uważaj! Nie luzuj… No tak, to są wła­śnie takie myśli. Ale szczupak trzyma się jesz­cze. Spory. I silny. Chodź, chodź, zbój­niku jeziorny, Joachim już tu na ciebie czeka!
Starzec z dumnym spokojem spostrzegł, że łódka powoli zwraca się w stroną, w którą ryba ją ciągnęła. Tak, ona ma swoją masę, ma na pewno!
W tej samej chwili usły­szał wzmagający się warkot sil­nika. Zza ściany sosnowego lasu, w pierw­szych pro­mieniach słońca ukrytego jeszcze dla Jo­achima za linią wzgórka z Chry­stusem na wielkim krzyżu, wynurzyła się szaro­brązowa moto­lotnia Kosima. Nikt inny tutaj nie latał. Tutaj w ogóle nikt nie latał. Tylko Kosima. Bez pozwole­nia i na własne ryzyko. Zbudował sobie lot­nię i latał. Mili­cjanci ści­gali go, ale tak na­prawdę podziwiali za fan­tazję i udawali, że nie wiedzą o kogo chodzi. Zmowa milczenia… A może ma jakiegoś znajome­go, który powie­dział, gdzie trzeba, by dano mu spokój? Ma czy nie ma, spo­kój mu dano.
Joachim podniósł głowę. Kosima przeleciał nad nim. Chyba nawet pokiwał mu ręką. Joachim uczynił to samo, w duchu nagle marząc, by spojrzeć na to wszystko oczami lot­nia­rza, na jezioro, na Czortowo, a potem dla żartów wylądo­wać Ho­lendrowi na dachu jego baru, ale prawie natychmiast szczupak przypomniał mu o swoim istnieniu. Zaczął kręcić kołowrot­kiem, wolno, ale bezu­stannie… Jaki będzie? Za chwilę powi­nien już go zoba­czyć, ten wspaniały wrzeciono­waty kształt. Jest na pewno duży.
Rozmyślania te przerwał mu jakiś dziwny dźwięk, coś jak nagłe kaszlnięcie. I dobiegło go z góry, gdzie była lotnia Kosima! Spojrzał w tamtą stronę. Zmrużył oczy, by wi­dzieć nieco ostrzej. Jesz­cze raz… kaszlnięcie, silnik się krztusi! I nagle…, ci­sza, zdawało mu się, jakby słyszał tylko szum wiatru spod wiel­kich skrzydeł, o Boże, zgasł, silnik mu zgasł, spadnie.
Lotnia, jak ptak trafiony w locie, zaczęła szybko opadać.  Sekundę, może dwie później spadła, wzbi­jając fontannę wody w jeziorze. Daleko, dwie­ście a może trzy­sta metrów od Jo­achima.
– Szlag by trafił. – mruknął starzec zły, że w ta­kim mo­mencie przyszło mu rozstrzygać, co jest waż­niejsze: ryba, piękna, wspaniała ryba, którą czuł po drugiej stro­nie wędki czy człowiek, któremu przed chwilą zazdrościł wspaniałego wi­doku. I przez uła­mek sekundy zdawało mu się, że już to prze­żywał, że było już raz tak z Kosimą, z jego lotnią, nawet to, jak spadał przypominało się, jak scena z ogląda­nego już raz filmu, ale wtedy…? Utonął? Może w ogóle nie zobaczył spadają­cej lotni?
– Człowieka ratuj, na Boga, a nie coś tam… – wark­nął gło­śno na siebie.
I Joachim długo się nie namyślał.
Zresztą, dla każ­dego, kto widziałby tę scenę, było jasne, że w ogóle się nie namyślał!
Pochylił się tylko szybko, by wędkę zahaczyć koło­wrot­kiem o środkową ławeczkę, tak aby przy­padkiem nie zsu­nęła się do wody, pomyślał, że szczu­pak uwięziony na kotwiczce albo się zerwie albo po­płynie za łódką, w tym samym czasie podniósł się, odwrócił za siebie, pochylił nad dziobem i tak szybko jak tylko mógł wy­ciągnął 5 ki­lowy odważnik skle­powy służący mu za kotwicę. Joachim wykonywał te czynno­ści tak, jakby całe swoje życie tylko je ćwiczył na tę jedną, jedyną oka­zję.
Potem usiadł mocniej na środkowej ławce, spu­ścił wiosła do wody i zaczął wiosło­wać w stronę, gdzie na po­wierzchni jeziora unosiła się lotnia Kosima. Oglądał się przy tym przez ra­mię, by nie płynąć na­wet jednego metra za wiele. I nie płynął ani centy­metra więcej niż potrzeba, bo przecież dwieście me­trów to nie jest mało a nie wiadomo, co go czeka na miejscu wy­padku. Dobrze, że ma lekki wia­tr w twarz, rozpiął nawet kurtkę z przodu, by złapać w nią jak w żagiel więcej powietrza. Zbliżał się szybko, wypatru­jąc, czy ktoś się tam na wodzie nie unosi, liczył w du­chu na to, że tamten zdążył odskoczyć od lotni, że ona go nie przygniotła…
Gdzie jest ten Kosima? Chyba się chłop nie utopi? Głu­pio tak, nawet dla ta­kiego pilota jak ten chłop z dziada pra­dziada… A szczupak? Żyłka jest luźna, ze­rwał się pewnie, szkoda, ale, pierwszy raz w życiu, nie czuł żalu z tego po­wodu.
Dopływał… jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów.
– Józef! – krzyknął. – Józef! Słyszysz mnie?
Nic. Cisza. Tylko wiosła w dulkach skrzypią.
Jeszcze trochę…
– Józef! Odezwij się…
-Jestem, jestem, pod skrzydłem, ale nie wiem pod któ­rym… – odezwał się wreszcie głos spod lewego skrzydła lotni, które niczym na­miot unosiło się nad głową Kosima. Prawe skrzydło zanu­rzone było w płytkiej w tym miej­scu wodzie.
-Utrzymasz się?
– Stoję na czymś, chyba jakiś konar albo pień.
Joachim skierował wolno łódkę w stronę głosu, do­płynął na tyle blisko, że mógł już po­chylić się i łapiąc za brzeg skrzydła, spróbował zajrzeć pod spód.
– Widzę twój cień. – powiedział z ulgą Józef.
– Możesz po tym pniu dojść do mnie?
– To chyba kamień, wszędzie obok jest głębia. Le­dwo stoję… Nie, to jednak jakiś pień, spró­buję iść.
Joachim widział już, jak trąc czubkiem głowy o po­włokę skrzy­dła Józef wolno zbliżał się w stronę łódki. Wreszcie jego twarz, mokra ale pełna nadziei, poja­wiła się przy burcie łódki.
– No, witam, witam… – powiedział Joachim do lot­nia­rza. – Dasz radę wejść?
– Chyba podasz mi rękę, co? – uśmiechnął się Jó­zef.
Nie było to proste zadanie, ale po chwili ociekający wodą Kosima siedział przed swoim wybawcą.
– Dzięki. – i wyciągnął rękę.
Westholz uścisnął ją w milczeniu i zapytał krótko:
–  Dokąd?
Józef chwilę się zastanowił, spojrzał na zanurza­jącą się co­raz bardziej pod wodę lotnię, jakby zasta­nawiał się, czy może i ją wspólnymi siłami ratować, ale nagle prze­szedł go dreszcz, ranek przecież był chłodny, więc coś w sobie szybko rozważył i rzekł:
–  Wiesz, co? Płyń do Maksa. Na pewno ma coś cie­płego nie tylko do picia, ale jakieś spodnie i ko­szulę mi poży­czy. Do domu mam trochę daleko.
– Jak byś szybko pobiegł, to wyschniesz zanim cię stara zobaczy, słońce już wschodzi.
– Jaaaki dowcipny? – mruknął bez złości Józef. Za­uwa­żył, że Joachim zmieszał się po słowie „po­biegł”. Za­po­mniał widocznie, że Józef lewą nogę ma dużo krót­szą od prawej. – Płyń do Maksa, forsę wła­śnie wypra­łem, więc gno­jem nie śmierdzi, to postawię ci piwo.
– Toż to rano!
– No to szklankę mleka.
– Ty jeszcze pamiętasz, jak wygląda krowa?
Ale Józef lekko się oburzył:
– Ty mnie nie podchodź tak, dbam o moje krowy.
I tak sobie przygadując płynęli, wiosłując wspól­nie, do baru Maksa Holendra.

Wizje Joachima

Na skraju wsi, tam gdzie zbiegają się brzegi obu oka­lają­cych od północy wioskę jezior, stał otoczony pło­tem niewy­soki bar, zbudowany z potężnych drew­nia­nych belek, ale pokryty za to tandetną blachą fali­stą, jako że swego czasu właścicie­lowi w pewnym mo­mencie skoń­czyły się pienią­dze i nigdy ponownie nie „zaczęły”…
Zagadka tego przedziwnego sformułowa­nia staje się mniej tajemnicza, gdy powiem, iż właści­ciel baru nie był czło­wiekiem dziwnym, ale Holen­drem w czwar­tym czy pią­tym pokoleniu i uwielbiał w związku z tym owe lo­giczne zabawy z językiem, tak znamienne dla ludzi, którzy ocalili w jakiś sposób owo charak­tery­styczne dla obco­krajowców za­dziwienie nad alogi­zmami nowej mowy i nie potrafią zro­zu­mieć, dla­czego można powie­dzieć o pienią­dzach, że się „koń­czą”, ale nie można rzec, że się „za­częły”.
Tak jak dla nas jeszcze dziwniejsze jest, a przy­najm­niej jesz­cze może być, gdy spojrzy się na ten piękny kraj tulipa­nów i polderów, że w ogóle jakiś Holender może przeli­czyć się z in­westycją. A tym bardziej w czwartym poko­leniu! I to w kraju takim jak Polska.
Spróbuję to jednak wyjaśnić.
Otóż stało się to za sprawą pewnego socjologa, który przy­padkiem spędził tu kiedyś dwa tygodnie na wa­kacjach i stwier­dził, zupełnie przypad­kiem i przy pi­wie, że mądry oraz szczę­śliwy jest ten czło­wiek, któ­remu uda się uniknąć ludz­kiej zawi­ści.
Dziwnym zbiegiem okoliczności wtedy właśnie wła­ściciel baru wraz z żoną, urzeczoną nawiasem mó­wiąc pięknym gło­sem socjologa, zastanawiali się gło­śno w jego obecności, czy nie położyć perfek­cyjnego dachu z trzciny, rośnie jej przecież tyle w pobliżu. Chcieli w ten sposób choć trochę nawiązać do tej od­nogi rodzinnej tradycji, dodajmy ze strony matki Maksa Ho­lendra, która swe korzenie ma w owych wspania­łych domach bogatych lu­dzi w okolicy Ham­burga czy Lu­beki.
Właściciel baru uśmiechnął się, usłyszawszy opinię so­cjo­loga, chciał mu nawet postawić piwo na koszt firmy, ale tamten odmówił uprzejmie tłuma­cząc, że za go­dzinę idzie na spotkanie znajomych bo­taników, którzy gdzieś tu na ba­gnach świetne miejsce na biwak znaleźli  a ponieważ należą oni raczej do mi­łośników silniejszych trunków, to on nie chce w związku z tym zaraz po pierwszych dwóch setkach stracić najlepszej czę­ści biesiady. Poza tym mgła wie­czorna już się ściele, więc nie chce drogi w lesie zgu­bić a w dodatku buty ma niewygodne, więc, niech mu wyba­czą, ale już się będzie zbierać.
Pożegnali się serdecznie i tylko żona Maksa wy­ra­ziła ci­chą obawę, czy rzeczywiście jest dobrym po­mysłem na bagna wchodzić, kiedy mgła robi się coraz gęstsza. Ale socjolog za­pewnił ją swoim niskim gło­sem, że mgła mu nie straszna i żadna przykrość na pewno go nie spotka. Co powiedziawszy skłonił się uprzejmie słomkowym ka­peluszem i wolnym kro­kiem, jakby lekko utykając z po­wodu ciasnych butów, oddalił się i we mgle rozpłynął.
W każdym razie po wizycie so­cjologa jako zada­sze­nie poło­żono szybko nie spreparowaną trzcinę ale blachę falistą a słowa takie jak Hamburg i Lubeka, wiążące się przecież z nie­bez­piecznym nie­mieckim rewanży­zmem(opinia socjologa na ten te­mat nie za­chowała się w ludzkiej pamięci), wyma­wiano tylko w najbar­dziej ro­dzinnym kręgu ograni­czonym do sa­mego wła­ściciela i jego żony.
Ten sam dziwny zbieg okoliczności sprawił, że wła­ściciel baru zaczął cierpieć na brak pieniędzy i było to tak widoczne, że nawet najbardziej zawistni ludzie w okolicy i okolicach okolicy poczuli się zaspo­kojeni, usatysfakcjo­nowani, rozluź­nieni a na­wet nie­którzy z nich byli wręcz skłonni latem za­mówić u niego oran­żadę dla własnych dzieci i piwo dla sie­bie.
Socjolog, niestety więcej się tu nie pojawił i stracił w ten sposób wspaniałą wręcz okazję do swych badań nad „Za­chowa­niami mikrospołeczności wiej­skiej wo­bec baru nad jeziorem”.
Nieliczni, którzy go pamiętali, albowiem nosił bu­dzący za­wiść charakterystyczny słomkowy kape­lusz, po­dobno po­cho­dzący z importu, a dokładniej, (co już wyma­wiano przyci­szo­nym, przechodzącym w wes­tchnienie gło­sem), z jednej z ulu­bionych fabryk towa­rzysza Chrusz­czowa, twierdzili, że na­uko­wiec ów wcale nie był so­cjolo­giem, tylko kimś zupełnie innym. I to ostanie słowo wy­mawiane było z pewnym tajem­ni­czym na­maszczeniem, wprawiającym słuchacza w zachwyt tak typowy dla ludzi, którzy nagle czują, że należą do wybra­nych. Faktem jest także to, że wszy­scy słuchacze szczerze woleli nie zgłębiać tajemnicy pochodzenia socjologa w ka­peluszu, a tym bar­dziej życzyć sobie jego ponownych odwie­dzin, bo wystar­czyło im spoj­rzeć najpierw na dach baru a potem na za­wartość własnego portfela, by starać się, jak to się tu mówi, nie wywo­ływać wilka z lasu. Uzupełnijmy to wszystko informacją, że ani Maks, ani jego żona nie za­bierali w tej sprawie w ogóle głosu.
Do baru nad jeziorem najprostsza droga pro­wadzi przez gę­sty sosnowy las porastający pagórki po obu brze­gach je­zior. Miejsce to posiada własną nazwę: Las Wisiel­ców. Wspo­mina o nim też pan Raden w swoim notat­niku:
„Wbrew nazwie teren ten nie budzi grozy wśród oko­licz­nych mieszkańców. Mówi się o nim raczej z so­lidną dozą we­wnętrznej satysfakcji, jako że stanowi od swego zarania punkt zborny dla wszelkiego rodzaju okolicznych paskudni­ków, zło­czyńców dręczonych wy­rzutami sumienia czy, co zdarzało się najczęściej po ostatniej wojnie, najgor­szego ro­dzaju ludzi – do­nosicieli. Ostatnim z kilku­nastu w długiej hi­storii wsi samobójców był niejaki Zbyszek (nieznany mi z nazwiska, bo po­dobno ro­dzina to zacna i przykro byłoby wie­dzieć, że to z ich krwi taki się narodził), rocznik 1930, chłopak z tych oko­lic, który otumaniony wizją radzieckiego ży­cia, o duszy własnej zapomniał i gotów wszystkich był śledzić, na wszystkich donosić, nawet dzieci nie były w jego oczach nie­winne!
Wreszcie doniósł na rodzo­nego siostrzeńca, że ten obok szkoły hasła przeciwko spółdzielni, którą w Czortowie miano założyć, maluje.
Ale na posterunku w gminie miano inne kłopoty, bo coś się u Niemców w Berlinie działo i mieli być czujni. Tak na­prawdę to mieli wieczorem u Maksa coś zjeść i wypić, cały czas oczy­wiście zachowując czujność partyjną i obywatel­ska. Dlatego pili wódkę u Maksa, żeby nie mógł aż tak nią handlować.
W każdym razie Zbyszkowi kazano samemu nastra­szyć chło­paka, by ten się w politykę więcej nie bawił. Podsu­nięto mu myśl, że skoro okna w starej szkole straszliwie skrzy­pią, a dyrektor wyjechał do syna nad morze, to niech se wejdzie, bo klucz jest pod progiem, i tam za­czai… Niczego nie ukradnie, bo belfer Raden groszem nie śmierdzi. Sami milicjanci mi to powiedzieli. Uśmiali się więc ze mnie i z tego pomysłu.
Niestety nie wiedziano ( a ja nie wiem, jakich słów tu użyć, bo to smutna historia), on sam tego też wiedzieć nie mógł, że siostrzeniec Zbyszka ma ukrytą wadę serca.
I ono przestało pracować, gdy jakaś czarna postać za­wyła i wyskoczyła zza węgła szkoły. Chłopiec uciekł, ale niedaleko odbiegł. Sto metrów, na pewno nie więcej. To miejsce widzę, gdy wyjdę na ka­mienne schody. Za każ­dym razem muszę tam spoj­rzeć.
Chłopca znalazł rankiem Bronisław Kosima, rolnik z Komorna, gdy jechał po coś do miasta. Dzieciak leżał w ro­wie przy drodze, z pędzlem w prawej dłoni, w kałuży białej, olej­nej farby (kilka zamaza­nych liter, chyba łza mu spadła)przy­niósł w trojaku, takim w jakim nosi się obiad na pole.
Trzy dni później widziano jak na jednej z sosen w Lesie Wi­sielców kołysze się ciało Zbyszka.
We wsi komentarzy na ten temat nie było, ale ludzie mó­wili po latach, że szkielet wisiał długo.” I uwaga pod spodem:„Spi­sane w październiku 1980 roku.”
Droga między jeziorami jest kręta, od ponad pół wieku po­kryta już as­faltem, by wieś przybliżyć do wiel­kiego świata i dzięki temu może się wydawać, że jest nieco szersza niż przed wiekami, gdy powstawała. Ale, zapew­niano mnie z dziwnym uśmiechem, że niewiele szer­sza.
Być może najważniejszym bywalcem baru Maksa Holen­dra był Joachim Westholz, znany przede wszystkim ze swoich wizji opowiadanych nie wia­domo jak, ale bar­dzo wiadomo ko­mu. Zachowane relacje nie mówią, nie­stety, nic na temat uży­wa­nego przez niego słownictwa. Mówią o tym, co opo­wiadał cza­sem niedzielnym tury­stom, jeśli się zdarzyło, że słowem ja­kimś do gustu mu przypadli, rzadziej i nie za pierwszym ra­zem mło­dzieży licealnej, chętnie za to młodym żołnierzom, którzy z po­bliskiego ośrodka wojskowego na piwo do Maksa przy­biegli, w niebie­skich pepegach i zabru­dzonych zielonych dresach. Pił przy tym dużo, ale nie zda­rzyło się nigdy, by ktoś go leżącego na ziemi zobaczył. Co najwyżej trochę się zataczał, ale jak ma­wiał „chwiać się na nogach, nie jest wstydem, hańbą jest za­chwiać się w głowie”, ale o ile wi­dać było co Joachim pije, to nie dla wszystkich było jasne – do kogo? Przynajmniej, nie od razu.
Joachim zwykle zaczynał od tego, że półgłosem wspomi­nał, iż są dni, kiedy do baru u Maksa Holen­dra trafiają bar­dzo dziwni ludzie i obserwował słu­chaczy, jakie to na nich robi wra­żenie. Najpierw sam jawił się im jako niezwykły okaz mijają­cego powoli pokolenia Pola­ków, zdawał się być starszy od naj­star­szych drzew w oko­licy, ale jeszcze czuć było go nie tylko pi­wem, ale przede wszystkim potęgę.
Nawet największe wsiowe łobuzy mówiły mu grzecznie „dzień dobry”, a to od czasu, jak razem z Mak­sem, całą taką pię­cioosobową tanim winem spitą watahę, która rozrabiać wie­czorem do baru przyszła, jednego po drugim na dach baru wrzu­cili. Aż dziw, że wytrzymał ten ciężar. A obaj już wtedy byli wiekowi.
…więc Joachim mówił im, że w Dzień Za­duszny, kiedy Maks Holender bar ma zamknięty, wchodzą tam męż­czyźni i ko­biety w róż­nym wieku, niektórzy z nich za­chwycającej urody, inni zaś bardzo prze­ciętni, zda­rza się paru zupełnie odpycha­jących. Przerywał tu, popijał piwo i… zmieniał te­mat. Wspo­minał coś o pogodzie, meczach piłkarskich albo smaku piwa, dopóki ktoś go nie poprosił, aby dokoń­czył tę historię o ludziach przycho­dzących w Dzień Zaduszny. Mło­dzież licealna z reguły pytała trochę nieufnie, czy to nie aby ma coś wspólnego z poetą Mic­kiewiczem i jego „Dziadami” a kiedy Joachim zaprzeczał dow­cipnie, że dziad na temat „Dziadów” nie powinien się wy­powia­dać, ufność wracała i sta­rzec mógł już bez zbęd­nych przerw kontynuować swoją opowieść.
…Wszyscy, którzy wchodzą do baru, zachowują się zu­peł­nie przy­zwoicie, na­wet ci, których twarze zdomino­wała agre­sja i ci, którym agresja, doświad­czona w ciągu życia, obli­cza zniekształ­ciła trudnymi do określenia i wyja­śnienia bli­znami albo gryma­sami.
Niektórzy nie zachowują się w ogóle – jest tak w przy­padku pewnego starszego, cichego i wyso­kiego pana, którego ner­wowy tik powstający gdzieś w głębi klatki piersiowej i wydo­stający się niczym lekkie trzę­sienie ziemi na po­wierzchnię jego ciała w miejscu, gdzie ramię przechodzi w kark, może budzić współ­czucie patrzących… O nim jed­nak nieco póź­niej.
Pojawia się tu także pewna dama, w wieczoro­wej sukni i w towa­rzystwie dwóch młodziutkich żoł­nie­rzy, którzy mają pod pachami hełmofony czołgi­stów. O damie mówiono, że, posłu­gując się słowami I se­kretarza Komi­tetu Wojewódz­kiego PZPR „jest to je­dyna politycznie myśląca kobieta w naszym gro­nie”…
Dama ta, owej słynnej nocy grudniowej, kiedy śnie­życa spa­raliżowała cały kraj w sylwestrowy wie­czór 1979 na 1980, ugrzęzła w czarnym samochodzie, równie słyn­nej radzieckiej wołdze, gdzieś tu, w tej okolicy.
Brnąc w bucikach na wysokim obcasie po głę­bokim śniegu dotarła w pobliże baru u Maksa wraz ze swym towa­rzy­szem. Wspomnieć należy, że nie był nim jej mąż. Jej to­warzysz reszt­kami sił znalazł wej­ście do baru i na­tychmiast, gdy tylko odta­jał, zażądał do­stępu do telefonu. Żądanie zo­stało natych­miast speł­nione. Maks musiał wycofać się do kuchni, bo roz­mowa miała być tajna, ale czy to ze względu na dobry słuch Holendra, czy to dla­tego, że połączenie nie na­leżało do najlep­szych i towa­rzysz musiał pod­nieść głos do krzyku, rozniosło się, że zażądał (i pro­szę mi wierzyć, że jest to właściwie używane tu słowo) by natychmiast odśnieżono drogę do lokalu, będą­cego celem jego podróży. I dzięki temu, iż krzyczał i do­magał się, straszył i był ważny, wiadomo rów­nież, że z jednostki wojsko­wej, leżącej o dwadzieścia kilo­me­trów na zachód od Czortowa natychmiast wyjechały dwa czołgi z pługami. Natychmiast.
Wtedy dopiero towarzysz przypomniał sobie o pozo­sta­wio­nej przed wejściem swojej towarzyszce.
Na szczęście nie było za późno na ratunek.
Wprawdzie zdrowo przemarzniętą, ale jednak żywą, wy­cią­gnięto (dokładniej rzecz biorąc uczynił to sam Maks, na pod­stawie udzielonych mu wskazó­wek) z zaspy za barem i do­pro­wadzono rozcieraniem ciała (to z kolei było udziałem wy­łącz­nym towarzysza, który wypraszał sobie udzielania jakich­kol­wiek wska­zówek) do stanu, w którym mogła wyra­zić swoją wdzięczność za uratowanie życia słowami: „A co to za rudera?! Chyba nie tu bę­dziemy się Waldusiu, bawić?!”
Walduś milczał wściekły, bo jest zrozumiałe, jaki szpa­gat psy­chiczny trzeba uczynić pomiędzy „żądam” albo „czołg na roz­kaz” a zdrobnieniem „Walduś”.
Czekali długo, w końcu… i proszę tu nie podej­rze­wać mnie o zmyślanie, bo zaręczam, że tak było – przyle­ciał po nich heli­kopter, właśnie dlatego, że se­kretarz wo­jewódzki partii wypo­wiedział słowa cyto­wane przeze mnie po­wyżej. I nie będę ich dwa razy powta­rzać, proszę mi wybaczyć to wzburzenie!
Helikopter przewiózł następnie owych gości sylwe­stro­wych o pół kilometra dalej. Taka jest bo­wiem odle­głość baru u Maksa Holendra od wojsko­wego ośrodka nad jeziorem, w któ­rym odbywał się bal. Pięćset metrów.
A owe czołgi? Przecież były czołgi…
Tak. To prawda. Były. Jeden ugrzązł w potężnej za­spie a drugi zawró­cił o po­moc. Gdy ta dotarła po kilku godzinach do zasypa­nego śnie­giem pancernego kolosa, dwóch młodych żoł­nie­rzy w między­czasie w nim zamarzło i nie udało się ich urato­wać. Legenda mówi, że owi młodziutcy żołnierze tak długo będą towarzyszyć owej towarzyszce, aż pew­nego dnia po­dejmie ona inną decyzję.
Wszystko jednak wska­zuje na to, że to nie takie pro­ste, gdyż dama z nagimi plecami rozgląda się stale za swoim Józiem a ten, im bardziej ona go wy­patruje, tym bardziej jej znika.
Dama zaś cierpi nie­wysłowione katusze atrak­cyj­nej ko­biety, na którą nikt nie zwraca uwagi. Takie spra­wia wraże­nie, choć tak naprawdę trudno jest odtwo­rzyć spo­sób myśle­nia podob­nych ludzi…
Owi żołnierze są tu, choć może wydać się to dziwne, cał­kiem dobrowolnie, przychodzą tu zawsze z tą, tak ty­pową dla mło­dych ludzi wiarą, że jednak można coś zmienić.
Są tą pamięcią, o której pamiętać się nie chce . Jo­achim na­zywa ją „pamięcią bezsensownej ofiary”, o której swojej opi­nii one już nikomu nie po­wiedzą.
Przyjeżdża też konno przystojny oficer w galo­wym stroju, jego białe rękawiczki są bielsze od szybko top­nie­jących w ba­rze resztek śniegu na policzkach i krótkich włosach obu wspo­mnianych czołgistów. Bo żołnierze zawsze najpierw prze­pusz­czają ową damę, potem wcho­dzą sami i w chwilę później, za­nim jesz­cze podejdą do barmana i zamówią po kuflu piwa sły­chać tętent konny, ciche rżenie a wreszcie stu­kot oficerskich butów po oczyszczonym ze śniegu bruku, otwierają się drzwi i oczy wszystkich zwracają się w stronę lśniących bielą rękawi­czek. Słuchać tylko jak z radia dobie­gają radosne dźwięki „Wio­sny” Vivaldiego zakłócone przez dwukrotne skrzyp­nięcie za­wiasów, wpada nieco chłodnego, kwietniowego po­wietrza, i ga­łązka brzozy z kilkoma ledwie widocznymi list­kami…
Wchodzi oficer. Roz­gląda się, zdejmuje ofi­cer­ską czapkę, czarne włosy podkreślają bladość jego obli­cza, oczy śmieją się, jakby dostrzegł nagie plecy damy, która płynnie zwraca się w jego stronę, posyła mu uwodzicielski uśmiech, urwany jednak w ułamku sekundy, gdyż oficer, nie widząc jej, prze­chodzi przez nią pewnym kro­kiem, trzymając się prosto jak świeca, podcho­dzi do stolika w kącie, zatrzymuje się, trzaska obcasami przed kimś, kogo nie sposób do­strzec, gdyż unosi się przed nim czarne, falujące po­wietrze… Nic więcej nie widać, bowiem w tej chwili jeden z dwóch starych mężczyzn, którzy do tej pory mil­cząco siedzieli nad prawie pustymi kuflami piwa, wstaje, po­prawia krótką wędkę opartą o kant stołu i mocno kulejąc pod­chodzi do barmana. Stary mężczy­zna ma może z metr dzie­więćdziesiąt wzrostu, jest potężnie zbudowany, a jego wielkość powiększa wy­szarzała, skó­rzana kurtka z futrzanym kołnie­rzem, jaką kiedyś nosili piloci my­śliwców i olbrzymie, wyso­kie, pokryte filcem gumiaki, które obecnie noszą chłopi przy gnoju. Idąc głową sięga prawie powały. Sam Joachim mówi zawsze przy tej okazji, że dla niego osobiście jest to najbardziej tajem­nicza postać i szcze­rze niepokoi go ta wędka, tak łudząco po­dobna do jego wła­snej. I, uśmiechając się nieco smutnie, lek­kim mrugnięciem kącika ust, daje znak, że nic więcej na ten temat powiedzieć nie może, uwagę słu­chaczy kierując na Maksa Holendra…
…Barman, który także nie należy do niskich, sta­wia wła­śnie piwo przed żołnierzami i wzbrania się przed przyjęciem za­płaty. A potem słucha, przykła­dając swoją siwą głowę do ściany, słucha, o czym rozmawia przez telefon jego młoda żona. Jest to piękna, czar­nowłosa ko­bieta o nieco, jak sama uważa, może zbyt obfitym biuście, która z miłości wyszła za barmana, bo kochała go za spo­kój, którego nigdy nie miała w rodziciel­skim domu, za ciepło i czułość, za kilka przedziw­nych orga­zmów, któ­rych pamięć po­trafiła wyrwać z niej od czasu do czasu niespodziane wes­tchnięcie… tak mówiła i nikt nie słyszał, aby kiedy­kol­wiek zmieniła zdanie.
Ale nie ci wszyscy ludzie, o których tu wspo­mina Jo­achim są w barze najważniejsi. Najważniejsze było to, dla­czego tu się znajdowali, dlaczego tu przy­cho­dzili…
A gdzie mieliby być? Gdzie mogła spokojnie praco­wać ko­bieta, której mąż był od niej starszy o trzydzie­ści lat, żeby on nie był przez kumpli pytany, czy jesz­cze może a ona nie po­dej­rzewana, że zrobiła to dla jego pieniędzy?
Było to jedyne miejsce, gdzie ci lu­dzie, o któ­rych już nieco wspomniał mogli się spotkać, jakkol­wiek, i być może uda mu się to zapre­zentować, w najważniej­szych chwilach – nie wi­dzieli się.
Oficer, na przykład, czy zauważył w ogóle, że dama z na­gimi plecami przesyła mu jeden z jej naj­bardziej cza­rujących uśmie­chów? Joachim podejrze­wał, że oficer nie widział damy. Czyż młody, przy­stojny, zdrowy mężczyzna może przejść spo­kojnie obok pięknej i eleganckiej młodej kobiety? A on prze­cież prze­szedł nie tylko obok, ale znacznie gorzej bo… przez nią, tak jak się przez mgłę przechodzi! Niezwy­kłe, prawda? I Joachim pa­trzył cieka­wie w oczy słu­chaczom.
…Dla oficera, mówił po chwili dalej, było to je­dyne miej­sce, dokąd on mógł tak po pro­stu konno przyjechać, zesko­czyć zgrabnie na zie­mię i wejść…
Właśnie – zwyczajnie wejść. Zwyczajnie – za­mówić wódkę. Zwyczajnie – przepić ją do kogoś, kto skrywał się za czarnym powietrzem. I to wszystko bez wzbu­dzania żadnej sensacji, całkiem normalnie.
Oficer mógł siedzieć sobie przy stoliku, bez obawy, że ktoś zacznie przy nim rozważać elementy bohater­skiej szarży kawa­lerii pod Krojantami, obronę Grodna czy też wypytywać o to, dlaczego największą pozycję budżetową w polskiej ar­mii do roku 1939 stanowiły skórzane ele­menty wyposażenia kawalerii. Tak samo mógł być pe­wien, że żaden pijany nie oskarży go o to, „że przegrali­ście wojnę” ani też żaden inny nie będzie twierdził, „że gdyby utrzymaliby się jeszcze trzy tygodnie to Niemcom skończyłyby się w 1939 roku zapasy”. Nie, w barze nad jezio­rem mógł spokojnie pić wódkę albo kawę, mógłby nawet, na strzemiennego, zażądać szklanki mleka i ni­komu, ale to zupeł­nie nikomu, nawet z tego po­wodu nie drgnąłby najmniejszy muskuł na twarzy.
Czasem dosiadał się (a nigdy odwrotnie!) bliź­niaczo do niego podobny inny oficer, który również zajeż­dżał konno, z tym samym zdecydowaniem wchodził do baru, miał w ideal­nej bieli rękawiczki i błyszczące, wspa­niałe w swej długości buty. Oficer miał taką samą czapkę z dwoma gwiazdkami i jedyną różnicą, która mogła rzucić się w oczy przeciętnym bywalcom baru nad jeziorem, był brak korony u orzełka, który regu­lami­nowo zdobił to woj­skowe na­krycie głowy.
Siedzieli obaj przy stoliku rozmawiając o zale­tach koni, o ich charakterze i przygodach w czasie jazdy oraz o wrażeniu jakie wywierali na kobietach, starych i młodych, radosnym krzyku dzieciaków, gdy wjeż­dżali w ulice ma­łych miasteczek i licyto­wali się w ilości złapanych przez siebie w powietrzu pęków kwiatów.
Ale najbardziej lubili gawędzić o tym, gdzie wi­dzieli naj­piękniejsze malwy przed domem i co się czuje, kiedy wiatr śpiewał im w uszach do wtóru śmiechu towarzyszą­cej im ama­zonki.
Tajemnica ich przyjaźni tkwiła w nich samych, i to w sen­sie dosłownym, ale by to dokładnie zrozu­mieć nale­żałoby dyskret­nie znaleźć się w ich pobliżu, przejść za ich plecami i spojrzeć na owo miejsce, gdzie kończy się kark a zaczyna poty­lica.
Gdyby zaś ktoś miał z tym jakiekolwiek trudno­ści, spo­wodo­wane na przykład lekkością mych słów, to owo miej­sce wska­zywali obaj oficerowie sami, w cza­sie roz­mowy ze sobą dotyka­jąc bezwiednie pew­nego czar­nego punktu, tego wła­śnie miej­sca, gdzie wleciała im kula.
To, że pocisk z tej samej broni został wystrze­lony, jak­kol­wiek nie w tym samym czasie i w różnych oko­licz­nościach, wiedzieli obaj oficerowie dokładnie, ale przez kogo – tego nie wiedzieli, zawiązano im przecież oczy.
Dlatego przyjeżdżali tutaj, siadali przed falują­cym czar­nym powietrzem w spokojnej, cierpliwej nadziei, że wreszcie prze­stanie ono drgać i czymś się wypełni a przed nimi usią­dzie wła­ściciel pistoletu zwanego naganem, oni zaś wyplują mu wresz­cie na stół te kule i w oczy uważnie spojrzą mu bez słowa, a potem wszyscy w milczeniu wstaną i krzesła zasuną, by ra­zem, całą trójką, wyjść z baru.
I wszyscy wtedy zrozumieją, że oni, oficerowie i ich oprawca, będą mo­gli odejść stąd dalej, bo konie już się nie­cier­pliwią do świeżej trawy na łące, która na pewno już czeka zaraz za rozdrożem, gdzie prawa, prosta droga znaczona jest świa­tłem i na jej początku dwie piękne damy siedzą w powo­zie, a jedna z nich niemowlę tuli do siebie, lewa zaś droga, zawija­sami w dół prowadzi pod nie­boskło­nem czerwonych gwiazd i jeśli nic się nie zda­rzy, co mogłoby coś zmienić, żadne słowo nie padnie, chociaż paść powinno, to właściciel nagana wejdzie na tę krętą, czerwonymi gwiazdami oświe­tloną drogę.
W barze tymczasem widać jednak było, że oprawca ofice­rów żyje jeszcze, bo powietrze nieprzej­rzyście drgało czarno przed nimi.
Ale być też może, że właściciel nagana drogę swą dal­szą do­piero rozpoznawał, gdyż, a wiele razy tak się już zdarzyło, ru­szać ktoś czasem musiał do miejsca, gdzie raz jeden w życiu był może i gdzie człowieka zadeptał tak nieświadomie jak mrówkę na szosie, przejechaną kołem samo­chodu.
W tym miejscu Joachim przerywa swą opowieść, do­pija piwo i odchodzi lekko kołyszącym kro­kiem, zazna­czając przez ramię na odchodnym, że najważniejsze to „nie za­chwiać się w gło­wie”…

Rozmowy

Czas wlókł się w nieskończoność. Siedzieli w ciem­no­ści, w mil­czeniu, w bezruchu pomiędzy jawą a snem, wdychając zatę­chłe powietrze starej szkolnej klasy… Cza­sem skrzypnęła podłoga, czasem zaskrzy­piało coś w sta­rej sza­fie stojącej w kącie, czasem za­chrobotała gdzieś jakaś mysz…
– Bez sensu… – szeptało trudne do zidentyfiko­wa­nia „coś” w głowach, ale nikt nie miał ani odwagi, ani chęci by wstać, powiedzieć innym „a to siedźcie tu sobie, ja spa­dam.”
Długie światła przejeżdżających od czasu do czasu samo­cho­dów ukazywały ciemne sylwetki sie­dzących, nie­kiedy, gdy któ­ryś prostował się nieco, jaśniały nieco fragmenty jego twa­rzy, w nieprzy­jemny, zgoła upiorny sposób przesuwając cie­nie.
Droga na Gdańsk porośnięta była po obu stro­nach po­tęż­nymi dębami, stąd światła padające na ich twarze raz po raz, regu­larnie były przerywane niczym stop klatki w niemym filmie a kilka razy, gdy któryś właśnie w tym momencie nieco się poru­szał, Paweł odnosił wrażenie, że twarz siedzą­cego naprze­ciwko niego mężczyzny przeska­kuje. Ktoś, kto w takiej chwili wszedłby do tej sali, na pewno bliski byłby my­śli, że widział ducha.
„Gdzie ja do cholery trafiłem?”, to pytanie tłu­kło się Pawłowi po głowie jak kropla padająca z nieszczelnego kranu, z upły­wem czasu drażniło coraz bardziej, czuł jak wzbiera w nim bunt i powoli, ale nieubłaganie przemienia się we wściekłość. Być może rzeczywiście wstałby z tej starej, po­chyłej ławki szkol­nej, powiedział coś wulgarnie dosadnego, trza­snął drzwiami, gdyby nagle nie przypo­mniał sobie sceny z filmu z Kaczorem Donal­dem, którego kapiąca z kranu woda doprowa­dziła do bia­łej gorączki. Nie. To tak nie może się skończyć. Nie jest Kaczo­rem Do­naldem. Wytrzyma. Po­traktuje to jako tre­ning cierpli­wości, jako swoistą próbę charakteru. Tak jak dwa czy trzy lata temu, gdy jechał pocią­giem do War­szawy i męż­czyzna sie­dzący naprzeciwko zaczął jeść jakieś bułki, mlaszcząc przy tym i cmo­kając, kiedy pró­bował usunąć resztki jakiegoś mięsa ze szczelin pomiędzy zębami. Szlag go pra­wie trafił na te dźwięki, gdy na­gle pomy­ślał, że po­traktuje to wła­śnie jako tre­ning, jako próbę i z ciekawości zobaczy, jak długo z tym wy­trzyma. Wtedy nerwy opadły. Męż­czyzna na­przeciwko stał się nagle kimś wręcz po­trzebnym. Teraz też wytrzyma.
– Która godzina? – zapytał komendant. I sam so­bie od­po­wiedział, naciskając podświetlenie swojego elek­tronicz­nego zegarka. – Jest po trzeciej, zaraz będzie świtać.
Nikt mu nie odpowiedział. Esbek tylko nieco uważ­niej spoj­rzał przez okno.
– Są. – powiedział nagle. – Dzieciu­chy z wia­drem. Pan po­dejdzie, panie Pawle. To pewnie pana przy­szli ucznio­wie.
Paweł podszedł do okna. Zobaczył, że od strony wsi i­dzie trójka dzieciaków, nie wyglądali na­wet na na­stolatków. Siódma klasa. Może ósma. Wiej­skie dzieciaki nie są tak wyro­śnięte jak te z miasta. Jeden, najwyższy niósł wiadro, w ręku drugiego wi­dać było wielki pędzel malarski, taki jak do bielenia ścian. Nie musieli się wcale kryć, stara szkoła była jedynym bu­dynkiem w promieniu kilkuset metrów a w do­datku okna miesz­kania by­łego nauczyciela były po przeciwnej stronie. A o no­wym nauczy­cielu wie­dziano, że jeszcze jest w trakcie prze­prowadzki i tej nocy na pewno nie widziano żad­nych światełek z jego mieszka­nia na piętrze.
– Zapalamy światła. – polecił Zbyszek. – Ja tam za dzie­cia­kami biegać nie będę. No, panie ko­men­dancie, świa­tło, światło!
Komendant przekręcił czarny, archaiczny przełącz­nik. Krótki trzask. Potem dwa czy trzy ane­miczne jak gasnący pa­pieros błyski. I to wszystko. Ciemność.
– Żarówka się przepaliła. – powiedział komen­dant.
– Jasna cholera, w takiej chwili! – zaklął Zby­szek. – Co te­raz?
– Okno. – podsunął Paweł. – Otworzyć okno! Skrzypi jak cho­lera. Muszą usłyszeć.
– A jak wypadnie?
– To chyba lepiej, co? Tym bardziej usłyszą.
Esbek już mocował się z klamką. Nie pusz­czała.
– Zardzewiała czy jak?
– Mocniej!
Szarpnął wreszcie z całych sił i okno otworzyło się na oścież z przeraźliwym dźwiękiem, będącym miesza­niną to­nów wyda­wanych przez luźne szyby, trące o siebie drewno i niepo­kojący trzask futryny. Dzieciaki na szosie aż przykuc­nęły ze strachu, ale szybko zbiegły do rowu po drugiej stro­nie drogi… Któryś wychylił głowę.
– Idź pan zapal światło na korytarzu. Niech wresz­cie ich coś stąd wykurzy.
Paweł wybiegł z sali.
Kiedy wrócił, zastał tamtych przy próbie za­mknię­cia okna. Nie szło im dobrze, ale wspólnymi siłami wresz­cie udało się to uczynić.
– Co teraz? – zapytał.
– Zwiali. – poinformował Zbyszek. – I chwała im za to, że nie próbowali grać bohaterów do końca.
– A my?
– My? – powtórzył komendant. – My idziemy te­raz do Holendra na piwo, na pewno jeszcze ma otwarte a jak już nie to dla nas na pewno otworzy.
Wszystkim propozycja wydała się całkiem zwyczajna.
– A ci tam– i Paweł pokazał głową, że na myśli ma tych zza okna – nie wrócą?
–  Sądzę, że nie.
– A jeśli…
– Panie Pawle… Może pan tu zostać do rana.
No tak, wygłupił się. Jemu samemu zapach­niało tu nad­gorli­wością, pewnie to wpływ zatęchłego powietrza w starej klasie, pamiętającej jeszcze czasy cesarza Wil­helma.
Wyszli przed szkołę. Sierpniowa, blednąca już na wscho­dzie noc uderzyła ich przyjemnym, pachną­cym powietrzem. Gdzieś z góry, zza linii lasu usłyszeli lekki terkot silnika.
– Kosima. – powiedział komendant.
– Co Kosima? – zapytał esbek.
– Nasz lokalny lotniarz, taki wariat, który lubi wschód słońca powitać w powietrzu.
– Coś słyszałem.
– Ale ja nie. – zainteresował się Paweł. – Pilot?
– Nie. – zaśmiał się komendant. – Zwykły chłop, rol­nik na kilkunastu hektarach, ale na punkcie latania abso­lutny wa­riat. Sam sobie to pobudo­wał, pewnie dlatego, że kulas z niego, nogę ma krótszą, chodzenie mu nie wy­szło, to sobie przy­najm­niej polata.
Zatrzymał się, szukając w powietrzu lecącej lotni, ale nic nie było widać, dobiegał ich tylko słaby terkot silnika.
– Pewnie leci nad jeziora.
– I co? Wolno mu tak?
– Wolno, nie wolno, to nie samolot czy helikop­ter, do Szwecji nie doleci. – powiedział filozo­ficznie komen­dant, ro­biąc tym aluzję do kilku głośnych ucieczek przez Bałtyk.
– Ale wypadek, jakiś helikopter…
–  Tu nikt nie lata. – z tonu wynikało, że nie jest za­dowo­lony z obrotu jaki przybrała ta roz­mowa.
– Jak nie? Kiedyś nawet helikopter wylądował… – mruk­nął Zbyszek.
– Odczep się. – powiedział ponuro komendant. – Też so­bie temat znalazłeś.
Terkot słabł, więc wraz z nim powinno też słabnąć zainte­re­sowanie Pawła tematem. I tak to nauczyciel wychowania technicznego i wuefu zrozumiał.
– Ja mam lęk wysokości. – mruknął.
– U mnie się on zacznie od stopnia generała… – za­żarto­wał esbek.
Ale tego sposobu prowadzenia rozmowy nikt z jego towa­rzyszy również nie podjął.
U Maksa Holendra paliło się jeszcze światło a on sam sie­dział przy stole pod oknem i z wielkiego fajan­so­wego talerza kawałkiem chleba właśnie zaczął zgar­niać resztki najprawdo­podobniej równie wielkiej jak talerz porcji jajecz­nicy. Zoba­czywszy trzech mężczyzn niemalże przed swoim nosem, za­krztusił się lekko…
– Smacznego. – powiedział komendant chociaż było ra­czej pewne, że Maks nie mógł go usły­szeć.
Na migi pokazali mu wyraźnie, że przyszli tu na­pić się piwa i wtedy Paweł mógł z trudem ukrywa­nym zdziwie­niem obser­wować spokojną reakcję Maksa Holendra, który wytarł kawał­kiem chleba do­kładnie talerz z resztek jedzenia, otarł usta białą chustką, pokazał dłonią by we­szli pod szkaradną, żółtą wiatę osłaniającą wejście do baru od deszczu lub nad­miaru słońca i tam poczekali przed drzwiami. Zaraz im otworzy…
– I co, chłopaki?… – zapytał Maks stawiając przed nimi pierwsze kufle piwa i parujący w chłodzie powietrza kłąb białej kiełbasy. – Zła­paliście tych waszych mala­rzy?
Zbyszek spojrzał na niego wprawdzie spode łba, ale widać było, że nie jest zły.
– Czy ty musisz wszystko wiedzieć? – odparł py­ta­niem na pytanie.
– Gdy będziesz miał tyle lat co ja i do tego prowa­dził tak bar nad jeziorem jak ja – też będziesz wszystko wie­dział albo los rzuci cię do zbierania śmieci w lesie, co jak się domy­ślasz daje nieco inny obraz świata… – stwier­dził bez­namiętnie Maks. – Nastraszyliście ich tylko, co?
Nie chcieli o tym rozmawiać, komendant tylko więc kiw­nął głową, Paweł uśmiechnął się niezręcznie a Zby­szek tro­chę zbyt gwałtownie zaczął odkrawać ka­wał białej kiełbasy.
– Wczoraj ubili świnię u Kraftów, a że stary Kraft wisi mi za piwo, to mam kiełbasę. – poinformował Maks.
– Nie mów przy mnie o Betkach. – powiedział Zby­szek. – Ten jego najstarszy niósł wiadro. To on maluje te hasła przy drodze.
– Widziałeś go? – zapytał zdumiony komen­dant.
– Każdy z nas widzi co innego. – rzekł cicho es­bek. – Za­pytaj Joachima, ten ci…
– Tego Szwaba nie będę o nic pytał. Mam swoje nerwy. – odparł komendant i teraz on nieco zbyt gwałtownie sięgnął po białą kiełbasę.
–  Joachim nie jest Niemcem. – wyjaśnił Maks. – Jego na­zwisko to właściwie przezwisko a wzięło się z tego, że jakiś jego przodek…
– …do cesarza z poselstwem jeździł. – dokoń­czył znu­dzony komendant. – Maks? Ja mam średnie wykształ­cenie…
– No to nie gadaj głupot. – przerwał mu dość ostro Ho­len­der.
Paweł przysłuchiwał się tej rozmowie i niewiele z niej ro­zumiał. Rozglądał się po barze, bo wprawdzie był już tu raz, jak pamiętał, ale wtedy naprawdę wypił za dużo i teraz nagle zaczął się zastanawiać, dlaczego te dwa ma­lutkie, ciemne i niskie po­mieszczenia baru zapadały mu w pamięci jako dwie wielkie, pra­wie bezbrzeżne sale ba­lowe. Chyba naprawdę wypił wtedy za dużo, bo jak przez mgłę i z bolesnym nie­malże wysiłkiem wracał mu obraz jakiegoś oficera kawalerii na koniu, który mi­nął go, gdy już z baru wychodził. Miał teraz wielką ochotę o to zapy­tać, ale ja­koś się wstydził. Zresztą, na pewno usły­szałby, że wypił za wiele i wziął rowe­rzystę w kufajce i walon­kach za ofi­cera kawalerii w stroju galowym.
Maks roześmiał się cicho, dosiadł się do nich jako czwarty i powiedział:
– No tak już jest, że każdy widzi, co innego. – w tej chwili Paweł spojrzał na niego z odrobiną stra­chu w oczach. Miał wrażenie, jakby stary odczytał jego myśli. – Ty, Byniu, jesteś nie do podrobienia. Tak sobie na ciebie patrzę i pa­trzę, i muszę prze­cież widzieć, że nie jesteś dobrym człowiekiem.
– Czego się czepiasz? – zapytał Zbyszek z niepo­ko­jem w głosie. Jego twarz zdradzała, że już nie raz, nie dwa musiał od Maksa podobne rzeczy słyszeć.
– No bo to jest tak, że najpierw to łapałeś tych chło­pa­ków sam, potem zacząłeś brać do tego komen­danta, a teraz widzę, że wciągnąłeś już trzecią osobę i to w dodatku taką, jak by to powiedzieć, spoza wspólnoty zawodo­wej. – wyliczył go Maks. – Jakbyś tylko tyle widział, że ludzie dzielą się na tych, którzy łapią i tych, których należy złapać.
– Mam całą noc za sobą. – stwierdził Zbyszek. – Nie męcz mnie.
– A kiedy mam to robić? Przychodzisz tu tylko nad ra­nem i za każdym razem mówisz, że je­steś po całej nocy, zmę­czony i tak dalej. – od­parł spokoj­nym głosem Maks. – Czy nie wi­dzisz, że obojętnie czy jesteś sam czy nie, efekt jest zawsze taki sam?
Paweł słuchał ich z rosnącym zdumieniem. Był prze­ko­nany, że owo „polowanie na malarzy” było wyjąt­kowym zda­rzeniem, że przyczyną jego była za­powie­dziana wizyta jakie­goś ważnego radzieckiego gene­rała a tymczasem okazuje się, że Zbyszek robił to wcześniej i to przynajm­niej dwa razy.
– Czy ciebie to nie nudzi albo przynajmniej nie daje do my­ślenia, że za każdym razem prze­pala się ża­rówka, że otwie­rasz okno, ono oczywiście strasz­liwie trzeszczy w ciem­no­ściach nocy.
– Skąd pan to wie? – zapytał zduszonym głosem Paweł.
Maks spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem:
– A te dzieciaki to nic nie opowiadają? – znowu od­powie­dział pytaniem na pytanie. – A to nie gada się we wsi, że przy starej szkole „stra­szy”? Czy to tak trudno sobie wy­obrazić: wszę­dzie ciemno, żadnych świateł, tylko tro­chę szumu liści, jakiś ptak zerwie się z krza­ków, coś w trawie zaszemra i nagle… trrrach, okno skrzypi po­twornie.
– No tak. – kiwnął głową Paweł. – Nikt prze­cież nie wie, że tam w środku ktoś jest. Ale ale… no a ten stary dy­rektor?
– Raden? – Maks spojrzał na niego uważ­nie. – O nim pan mówi?
– Tak, mieszka w szkole.
– Mieszkał…
– Co? Wyprowadził się? – zapytał Paweł z na­dzieją w gło­sie.
Zbyszek z Maksem wymienili znaczące spojrzenia.
– Nawet w sensie dosłownym. – powiedział es­bek. – Umarł pewnie.
– Jak… umarł? Powiedział, że wyjeżdża nad mo­rze do syna.
– Syn był marynarzem i zaginął na morzu. – wy­ja­śnił Maks. – Raden zawsze mówił w ten sposób o śmierci, że on pojedzie do syna nad mo­rze…
– Nic nie rozumiem… – Paweł nieco się skrzy­wił. – Kiedy to się stało?
– Jakieś parę dni temu.
– No, ale chyba nie we wtorek, bo we wtorek kłó­ci­łem się z nim o światło.
Zbyszek parsknął śmiechem:
– No to chłopie kłóciłeś się z duchem, bo on umarł w po­niedziałek wieczorem, spadł ze stołka, gdy wymieniał ża­rówkę i głową uderzył w jeden z tych kamiennych stopni.
– Nie rozumiem dlaczego, ale to nie są w po­rządku ta­kie żarty…
Ale Maks nie pozwolił mu dokończyć zdania:
– To są głupie żarty, Zbyszek. A co do ciebie, chłop­cze, to cała wieś wie już o tej wa­szej ża­rówce.
– Przecież pokłóciłem się z nim we wtorek, pi­łem tu u pana, wróciłem wieczorem i to, co pamiętam, że on wymie­niał żarówkę… – upie­rał się Paweł, jakby nie słysząc słów Maksa.
– To prawda, że byłeś we wtorek. – potwierdził Maks. – Ale uspokój się wreszcie. Raden żyje. A jeśli umarł, to nie tutaj i nic na ten temat nie wiemy, więc jeszcze raz po­wta­rzam ci, że co najwyżej pokłóciłeś się z żywym Radenem. I to było złe, ale najgorsze jest to, że spotkałeś złego ducha w postaci Zbyszka, który wciągnął cię do brud­nej roboty przeciw dzie­ciom.
– Przestań nas dręczyć… – mruknął wyraźnie już zły Zby­szek. – Teraz ty zamącisz chłopa­kowi w głowie i to w nie najlepszym stylu.
Pawłowi to całe towarzystwo przestało się już zu­pełnie podobać. Jakieś niesmaczne żarty na temat śmierci, płytka gadka o duchach… A myślał, że to w miarę poważni ludzie. Wziął głęboki łyk piwa, prze­gryzł kieł­basą. Dłużej aż do dna kufla tu siedzieć nie będzie.
Spojrzał przez niewielkie szklane szyby wejścio­wych drzwi. Zobaczył jak po drugiej stronie drogi, tam gdzie brzeg jeziora prawie do niej przylega, idą od małej łódki wycią­gniętej na trawę dwaj starsi męż­czyźni, jeden z nich niósł wędkę a drugi sporych roz­miarów szczupaka. Szli wolno, bo ten z wędką mocno kulał.
Maks poszedł za jego spojrzeniem i zmienił się nieco na twarzy. Tak jak do tej pory jego uśmiech był raczej spokojny, z pewną dozą ironii, tak teraz nagle spo­ważniał i… chyba prze­biegł mu lekki grymas ulgi. Westchnął na­wet głęboko!
– Zobaczcie. – rzekł do siedzących przy stoliku. – Westholz.
Komendant, siedzący plecami do wejścia, wzruszył ra­mio­nami:
– Zawsze przychodzi o tej mniej więcej porze.
– Ale on nie jest sam. – rzekł cicho Maks.
Wtedy wszyscy odwrócili się w stronę wejścia:
–  To Kosima.
– Rzeczywiście…
– No to wreszcie Joachim ma swoją grubą rybę.
– Ciekawe, czy wziął go spinningiem…
– Kto to jest Kosima? Ten od lotni? – chciał wie­dzieć Paweł.
– Tak. – potwierdził Maks. – Ten sam.
– Trochę mokry. – stwierdził esbek.
– Ale wreszcie Joachim do niego zdążył. Wresz­cie mu się udało.
– O czym wy mówicie? – zapytał Paweł.
– Zaraz sam się dowiesz… – mruknął esbek i czuć w jego głosie było, że zazdrości czegoś Joachimowi.
– Joachim widzi duchy. – powiedział poważnie Maks. – Te niespokojne i bezdomne. A jeszcze mu się wydaje, że sam już raz żył, ale źle coś czynił, rozumiesz?
– Ględzenie. – mruknął Zbyszek.
– Tak? – w oczach Maksa błysnęła przekora. – A nie wy­daje ci się, że skoro łapiesz i łapiesz tych mala­rzy a zła­pać ich nie możesz.
– Nie wydaje mi się. – uciął Zbyszek.
Maks wtedy pochyli się nad stołem, spojrzał mu w oczy i rzekł:
– Sam mówisz, że system się wali. A jeśli tak się sta­nie i już, załóżmy, w przyszłym roku nie trzeba będzie martwić się o jakichkolwiek malarzy, to jak znajdziesz swoją szansę na ja­sną, prostą drogę, o której stale opowiada nam Jo­achim? Możesz już nigdy więcej nie dostać twojej szansy, pomyślałeś o tym?
Zbyszek poczerwieniał…
Ale Maks przyłożył palec do ust:
– Milcz lepiej zanim powiesz coś za dużo. Prze­śpij się z tym… A może to ja daję ci jakąś szansę? – i przejechał ścierką po blacie stołu, jak czarodziej nad czarnym ka­pelu­szem…
———————–
…ti, ti, titi, ti,titi, titititi budzik w telefonie ko­mórko­wym był na­prawdę natrętny i przede wszyst­kim przykry, w sam raz, bym go zaraz wyłączył.Otworzy­łem oczy i przez chwilę zasta­nawia­łem się nad czymś. Potem zamknąłem je, szep­nąłem coś, co przypomi­nało słowo „nie­możliwe”, otworzy­łem oczy jesz­cze raz i upewniłem się, że leżę na łóżku.
Z pokoju obok, przez nie domknięte drzwi, dobie­gało mnie chrapanie Pawła. Spojrzałem na zega­rek, docho­dziła ósma.
Wstałem i wyjrzałem przez okno. Szosą na Gdańsk wlokła się za traktorem kolumna złożona z trzech cięża­rówek i kilku­nastu samochodów.
Jesienny wiatr podnosił tumany kurzu na polach. Las, który ostał się tylko przy brzegach jeziora nie chronił też wioski przed moim wzrokiem.
Było mi zimno, czułem się przepalony, przepity i nie­wy­spany.
Mam nadzieję, że ten zajazd serwuje dobrą kawę!
Czartowski by się pewnie ucieszył, widząc co się teraz dzieje na pała­cowym dziedzińcu, nad którym w nocy płonie na czer­wono wielki neon „Hotel Elite”…
Wi­dząc ten napis zaserwowałem Pawłowi dwuwiersz:
Elite, Elite głupek, co to wymyślił,
miał pewnie zdrowo wypite
Ale poza tym, miła obsługa, tanie pokoje, hotel jak hotel.
Potem jednak, już we wsi, dowiedziałem się szybko, że Maks Holender umarł parę lat temu a jego żona sprze­dała bar i gdzieś wyjechała. Joachim Westholz też już nie żyje, tak samo Kosima.
Zby­szek robił dziwne pieniądze w dziwnym biznesie, ale pech chciał, że ma­lując ścianę piwnicy na olejno, spadł z dra­biny albo się pośli­znął i tyle o nim wiadomo, że od tego czasu poważ­nie choruje, ludzi unika a po podwórku wielkie psy bie­gają.
Jedynie komendant gminnego posterunku, teraz już na emeryturze, coś niecoś z dawnych czasów chce sobie przypo­mnieć, ale wyraźnie po nim widać, że prędzej przypomni sobie o czym gadał Westholz z Ot­tonem III w roku 1000 niż on ze Zbyszkiem przed wypadkiem w piwnicy.
Nie ma nic z tego świata.
Nawet szkołę wiejska tak prze­bu­do­wano, że była dyrek­torka Lenasowa tak samo jej nie po­znaje, jak nowej dy­rektorki, która teraz już jednak rosyj­skiego nie uczy. Staru­szek Raden, który dobiega setki, na ten temat w ogóle się nie wy­powiada.
Usiadłem ciężko na łóżku i bezwiednie łokcie oparłem o kolana a głowę wziąłem w obie dłonie, jakbym się czymś mar­twił.
Ale ja byłem bardziej rozbawiony niż zmartwiony, prze­cież w Lesie Wisielców stoi jakaś zielona buda z ręcznie wy­pisa­nym szyl­dem. Tam zrobili teraz wypożyczalnię łódek dla wędkarzy! 
Boże, co za wio­cha!
Jaki czort przygnał mnie tutaj?
Opadłem na poduszkę…
I wtedy, choć na­prawdę niechętnie, ale muszę to przy­znać, jakiś przy­jemny męski głos, dobiegający gdzieś spod okna, powiedział:
– Na coś się, koleś, zdecyduj.
Otworzyłem oczy.
Widziałem go przed sobą, w całej jego postaci, młodego, ele­ganckiego męż­czyznę ja­kich wielu jeździ po ulicach mia­sta, z ko­mórką w lewej dłoni, w ciemnym, długim płaszczu oraz lśniąco białym kołnierzykiem koszuli. Z kieszeni dyn­dały mu kluczyki z pilotem. W prawej dłoni trzymał zwiniętą gazetę.
Stał na tle okna, stąd więc trochę w cieniu.
Za jego lewym ramieniem, widziałem za szybą wzgórek nad jeziorem z wielkim krzyżem i samotnym Chrystu­sem. Dziwna kompozycja, jakbym sam ją stworzył, raz to, raz tamto imię w złości swej przy­wołując.
Dostrzegł to, że tam patrzę.
Spojrzał bez strachu przez ra­mię, uśmiechnął się lekko i rzekł, jakby chciał ciąg mo­ich myśli kontynuować:
– Od kogoś przecież historia musi się zacząć. – powie­dział. – On – tu głową wskazał za siebie ze złośliwym uśmiesz­kiem – jak widzisz, nie­zbyt jest mobilny. Opi­sz zręcz­nie to i owo, twoja to sprawa, ale wiedz, że dzieła twoje przetrwają wieki i ani ogień, ani cenzura ich nie ruszy.
Stuknąwszy telefonem w papier gazety, dodał:
– Nie burze czy pioruny, nie obce wojska, ale to bagno ist­nieniu mojej wsi zagraża.
Ale nagle zorientował się, że ja leżę w łóżku i mnie tam nic nie grozi, więc nie mam żadnego powodu, bym z nim w jakiś układ wchodził.
Widziałem, że się zmieszał, dostrzegłem w jego twarzy znany mi grymas człowieka, którego podwładni niepełnymi informa­cjami wprowadzili w błąd.
Poczerwieniał, końcem dłu­giego, czarnego płaszcza ko­pyto z politycznego błota otarł, wzo­rem Marszałka Sejmu szpetnie pod adresem jakie­goś Adama zaklął i już chciał zniknąć, gdy ruchem ręki udało mi się go po­wstrzymać:
– Dzieła moje pewnie przetrwają, ale imię przepadnie!
Wtedy wybuchnął śmiechem, jakby nagle przypomniał so­bie, co w moim dossier wyczytał:
– Cwaniakuj, cwaniakuj, mój już jesteś, próż­ność cię zgu­biła!
Machnąłem tylko niecierpliwie ręką:
– Spadaj. – rzekłem do niego. – Napiszę, jak było. Prawdę. Po prostu!
Wtedy uśmiech zszedł mu z twarzy, spojrzał na mnie uważ­nie i z lekkim uznaniem, głową nieco na lewo ruszył, jakby jakaś myśl go niemile ukłuła.
– Może ci się uda. – rzekł z ociąganiem. – Umiesz się wy­winąć albo ja jestem za głupi.
A potem rzucił nagłe, pewnie w zamiarze – zaskaku­jące – pyta­nie: 
– Czyj ty w końcu jesteś: mój czy jego?
I znowu głową wskazał za siebie.
– Idź do diabła. – odparłem trochę nielogicznie, lecz, o dziwo zniknął, rzucając się przed sie­bie…
– Może byś tak wreszcie wstał? Śniadanie dają tylko do 10 – upierał się Paweł potrząsając mnie za ramię. – a ty śpisz twardo jak ka­mień.
Zaczął się kręcić po pokoju, spojrzał w swoje odbicie w lu­strze, wyjął z torby elektryczną maszynkę do go­lenia, jakieś kosme­tyki. Poszedł do łazienki.
– Ty z tym notatnikiem Radena to nawet do ki­bla chodzisz. – zaśmiał się zapaliwszy tam świa­tło.
– Rzuć mi go tutaj. – powiedziałem półprzytomnie.
Usłyszałem bolesny hałas rzeczy stawianych na szklanej półce a potem ujrzałem Pawła wyglądającego z łazienki.
– Złapiesz? – zapytał mnie patrząc na moją ranną rękę.
– Postaram się.
Rzucił to w moją stronę…
Oczywiście notatnik rozłożył się w locie jak ptak siadający na gnieździe, ale spadł na kołdrę, pod którą leżałem. Po dro­dze jednak wypadła z niego jakaś luźna kartka, więc musia­łem wstać i do niej po­dejść.Było na niej tylko kilka linijek tekstu, napisanych po­środku strony ręką Radena, góra kartki była nad­darta, całość mocno wygnieciona, jakby staruszek zmiął ją w kulę a potem rozprostował, wygładził i włożył z powrotem.
Litery nie były wyraźne, całość sprawiała wrażenie, że pi­sane to było w pośpiechu, ale mogłem odczytać:
Według Joachima w życiu nie daje się cofnąć krzywdy, zła i niesprawie­dliwości, ludzie mówią: co się stało, to się nie od­stanie, pozostaje wiara że ktoś da szansę na jeszcze jedną próbę i na jeszcze jedną i tak dalej…( trzy lub więcej nieczy­telne słowa)…tak widzi sens reinkarna­cji że prze­staniemy bywać ludźmi a wreszcie nimi bę­dziemy…
Słowa „bywać” i „będziemy” były podkreślone mocną kre­ską.
Aż usiadłem na łóżku…
(2005)
Opublikowano opowiadanie | Dodaj komentarz

Gryps

(fragment opowiadania ze zbioru „Płaszcz”)

 

Gryps

„a kiedy umrą Ci,

którzy przeciwko nam

świadczyć mogą

będziemy mogli

wreszcie

swobodnie i z dowcipem

mądrzyć się i puszyć

i nikt nas nie będzie już

oskarżać

bo to nie wypada

starszego pana

o skurwysyństwo

i starszej pani

o kurestwo

podejrzewać

 

trzeba mieć dowody

a ostatni dowód

umarł właśnie w czwartek”

 „bez tytułu”

Po obiedzie niektórzy wyciągnęli się na łóżkach. Przy stole pod oknem dwóch rozkładało szachy, ktoś pisał list na kolanie, były szef Komisji Interwencji space­rując po celi, nucił jakąś religijną melodię. Bogdan poszedł do kibla.

Tadeusz należał do tych, którzy leżeli na łóżkach. Posi­łek nie roz­grzał go dostatecznie, więc dodat­kowo przykrył się swoim długim płaszczem i próbo­wał czytać wyszpe­raną wczoraj w więziennej bi­blio­tece powieść Knuta Hamsuna „Głód”.

Było cicho, jedynie z góry, bezpośrednio nad nim i z bo­ków od czasu do czasu dobiegało go skrzypienie sprężyn, gdy ktoś zmieniał pozy­cję.Zwolna jednak ponad to zwykłe, popołudniowe skrzypie­nie, wybiło się inne, częstsze, niecierpliwe, jakby leżący tam czło­wiek nie mógł zasnąć lub spał dręczony jakimiś koszmarami.

Tadeusz przerwał czytanie, które tak czy siak mu nie szło i spojrzał w stronę, skąd dobiegały te nieco drażniące dźwięki.Tam, po skosie naprzeciwko, w kącie celi było łóżko, któ­rego piętro należało do Jacha, grubo ciosanego chłopaka z szeroką, czerwoną od wiatru twarzą.

Najpierw zobaczył jego wielkie stopy w czarnych, grubych skarpet­kach, kawał wypiętego na resztę sali tyłka w świe­cących już starością spodniach, frag­ment potężnych ple­ców a potem dłoń, której palce wystukiwały jakiś ner­wowy rytm na ścianie. Chwilę później Jachu przekręcił się na plecy, wes­tchnął dra­matycz­nie i podniósł gwałtownie na łok­ciach, jak człowiek, który nagle postanowił coś zro­bić, ale… 

…ale tylko rozejrzał się po sali i Tadeusz, obserwując go z ironią znad książki, spostrzegł jak kolega ziewa donośnie i demon­stracyjnie wszystkich tym ziewnię­ciem omiata a  ponieważ nie zauważył, by na kim­kolwiek zrobiło to wra­żenie, jego twarz zastygła w grymasie znudzenia i niedo­kończenia.

Trwającą ciszę przerywał nadal tylko stukot szacho­wych figu­rek i niestety w zupełnie innym rytmie nucona przez byłego szefa Komisji Interwencji me­lodia.

Jachu, którego oczy, po akcie ziewania, jak radary pene­trowały celę,  dostrzegł w pewnym momencie, że Tadeusz go obserwuje i puścił do niego porozu­miewawczo oko, potem przetarł dłonią twarz jak wycie­raczka samocho­dową szybę i zasłonił się łok­ciem w geście rozpa­czy. Nu­uuda… Tadeusz odpowiadając gestem na gest, zwyczajnie wzru­szył ramio­nami. Jachu skrzywił się tylko jak mężczyzna nad pustą szklanką i padł z powrotem na łóżko, aż jęknęło, i Tade­usz już pomyślał, że tamten dał za wygraną i chciał wrócić do lektury, ale to nie było mu dane:

– Ty, Rybka,  – Jachu głośno zwrócił się do ko­legi z przeciw­le­głego po skosie, górnego łóżka. – Wiesz, szkoda, że nie je­steś ze złota, to byś nam trzy ży­czenia spełnił.

– Odpieprz się od niego. Nie żartuje się z na­zwisk. – dole­ciał głos Bogdana, który cieszył się ogólnym powa­żaniem za rozwagę i spo­kój jaki wykazywał. Ale tym ra­zem, miejsce z którego chciał przemó­wić Jachowi do su­mienia, było ze wszech miar nieodpowied­nie. Chyba to zrozumiał, bo szybko dorzucił:  – Daj mi się w spokoju wysrać.

– A bo mnie wkurwia, jak gada, że on tu nie­winnie siedzi.

– No przecież nic nie mówi. To ty zacząłeś! – ale  tu Bog­dan usłyszał ciche parsknięcia pozostałych, gdyż na­tychmiast któryś do­rzucił półgłosem:  No a ty jesteś w trakcie!

Naprawdę, jego zduszony oczywistym wysiłkiem głos nie wpływał korzystnie na powagę. Tej sytu­acji.

– Ale za to wczoraj mówił i przedwczoraj też, po praw­dzie to dzisiaj jeszcze nie, ale zaraz powie. – ironizo­wał Jachu i widział po zwracających się w jego stronę twarzach, że nie jest na złej drodze. Coś się wreszcie za­częło dziać. Odcze­kał chwilę, jakby spo­dziewając się jeszcze jakichś słów ze strony Bogdana, znacząco poka­zał ruchem głowy w kie­runku zasłony oddzielającej po­zostałych od tego, co było ubikacją, że spodziewa się jednak odzewu, więc zapadła krótka, pełna wyczekiwa­nia chwila ciszy, nawet szachy nie stukały i nikt już ni­czego nie nucił, ale da­remnie.  Usły­szeli tylko, jak Bogdan mnie za kotarą w dłoni kawał ga­zety. Starał się to robić delikatnie, ale w tej krótkiej ci­szy, jaka zapa­dła, był to po prostu hałas. To ode­brało Bogdanowi zu­pełnie ochotę do rozmowy. Papieru toaletowego nie było.

Jachu, nie doczekawszy się riposty z ubikacji, uznał się za zwy­cięzcę i ponownie wziął inicjatywę w swoje ręce:

– …więc wracając do tych trzech życzeń…

Rybka do tej pory leżący bez słowa na swojej pryczy nad Tade­uszem, poruszył się gwałtownie, podniósł pewnie, bo materac w środkowej części wygiął się do dołu, i wpadł  tamtemu roz­złoszczony w słowo:

– …bo siedzę niewinnie. – jego głos, jak zawsze, kiedy się dener­wował, był nieprzyjemnie wysoki. – Nigdzie nie nale­żałem i nigdzie nie rozrabia­łem.

Gra mogła toczyć się dalej. W różnych wydaniach, ale powtarzało się to każdego dnia. Wszyscy wiedzieli, że Jachu po prostu gada ot tak, żeby gadać.  Cisza go męczyła, niepokoiła, nie wiedział, co z nią zrobić. Nie rozumiał jej. Gadał więc, by ją od sie­bie odgonić, gadał dla, po swojemu pojmo­wanej, roz­rywki. I choć to może  było w nie najlepszym wydaniu, uchodziło jednak płazem. Wszyscy z wyjątkiem Rybki przechodzili nad tym do po­rządku dziennego, ale ostatecznie żaden z nich nie był też celem Ja­chowych żartów. Rybka natomiast brał to za każdym razem poważnie a od dwóch czy trzech dni re­agował z coraz to więk­szą nerwowością. Uważał się za poważnego naukowca i chciał być tak trakto­wany. Już drugiej nocy ucieszył się, gdy Jachu zapytał go, jako zoo­loga oczywiście, z wyczuwalną przez wszyst­kich, z wyjątkiem samego pytanego, ironią, o to, jak „to robią” konie czy jasz­czurki. Gdyby jeszcze Ja­chu nie powiedział tego owym zna­nym, przyduszo­nym tonem kabaretysty, ale zrobił to tak do­skonale, że wszyscy jakby usłyszeli Laskowika! Wszyscy, oprócz Rybki, który zaczął im wyja­śniać po kolei, z zagajeniem, ze słowem wstępnym i w końcu z po­pularnonaukowym podłożem, bo wziął, oczy­wiście, jak sam zazna­czył, pod uwagę, „że ma do czynie­nia z ludźmi o bardzo różnym stopniu wykształcenia” i jakby nie słysząc, a może rzeczywiście nie usłyszał, tego lek­kiego pomruku, świadczącego, że niektórzy poczuli się tym określeniem urażeni. Ktoś wypo­mniał im luki w wie­dzy!

Dopiero przy piątym czy szóstym razie Rybka zo­rientował się, że żartują z niego. A i to dopiero po tym, gdy Jachu  przerwał mu na­ukowy wywód i, dusząc śmiech, zapytał:

– A rybki jak to robią?

Wtedy obrażony, zamilkł. On tak się starał a ci prawie posikali się ze śmiechu.

– A komunę lubisz? – Jachu ciągnął swoją za­bawę dalej.

– Nie. – krótko, ale zdecydowanie zaprzeczył Rybka.

– No widzisz. Nagadałeś coś pewnie i ktoś cię zaka­pował. To wystarczy.

– Gówno wystarczy. Pół Polski albo i więcej musie­liby wsa­dzić.

– Pewnie tak, ale nie pół Polski zostało zakapo­wane, tylko oby­watel Rybka wpadł bezpiece w sieci.

– Odpierdol się od mojego nazwiska! – Rybka chciał być bru­talny, ale jego cienki głosik tylko rozśmieszył paru chłopa­ków. Znaleźli się jednak i tacy, szczególnie przy stoliku szachistów, którzy  zrozumieli, że chłopak na­prawdę ma tego dość. Z kilku miejsc odezwały się głosy:

– Jachu, daj mu wreszcie spokój.

– Racja, daj mu żyć…

Zapadła cisza. Szachiści wrócili do gry, ktoś nucił znowu coś pod nosem i Tadeusz był po chwili prawie pewny, że przy tych dźwię­kach, usiłujących ustalić podobieństwo między zaczyna­jącą się wy­dobywać parą z czajnika a reli­gijną muzyką, on za­gotuje się pewnego dnia i jeśli pusz­czą mu te dźwięki w pokoju przesłuchań,  to zacznie śpiewać. Odłożył książkę na bok. To nie ma sensu!

Wtedy odsunęła się ścierkokotara i wyszedł Bogdan:

– Coś się na niego uwziął? – powiedział do Ja­cha.  Może rze­czywiście ktoś się walnął i nie tego wsa­dzili, co trzeba. Może im chodziło o jaką grubszą rybę a zła­pali. – zorien­tował się, że zbliżające się porównanie nie jest szczęśliwe, zająknął się, i nieco ciszej, ale jed­nak je dokończył.  – Rybkę. –

Ktoś parsknął krótkim śmiechem.

– Sorry, no masz chłopie dzisiaj pecha, jak rzep psiego ogona uczepiły się te skojarze­nia.

– Ale to nie jest miłe. – mruknął zmęczonym gło­sem Rybka.

Zabrzmiało to poważnie. Tadeuszowi zrobiło się go żal. „Jak w przedszkolu, jed­nego wyła­pią, że słabszy i wszyscy huzia na Jó­zia”, pomy­ślał.

– Dobra, weź na luz, jutro znajdą sobie inną ofiarę, byle od sie­bie odwrócić uwagę.

– O, ty, detektyw.-  warknął lekceważąco Ja­chu. – A ja niby od czego mam uwagę odwra­cać?

– A od tego, że cię nie z twojej baby zdjęli. – przyga­dał mu Bogdan.

– Zamknij się.

– Nie zamknę, bo niech chłopaki wiedzą…

– Zamknij się. – groźby w tym nie było, tylko stwier­dze­nie. Ta­deusz zobaczył, że Jachu jednak trochę poczer­wieniał.

– To uświadom sobie, że tą historią będę cię starali się zmięk­czać: albo ty z nimi będziesz pracować, albo po­wiedzą wszystko twojej ślubnej.

– A tak to się nie dowie, jak ty już wygadałeś? I skąd w ogóle o tym wiesz?

– Czy twoja stara się dowie, tego nie wiem, ale cie­bie już na ten numer sobie nie nakręcą, najlepiej sam im to przy ja­kiejś okazji. Nie, nie wywołuj wilka z lasu.  A skąd wiem? Przypomnij sobie, na korytarzu w komen­dzie, sam mi mó­wiłeś. Stali­śmy koło sie­bie.

– Powiedzą żonie? – Jachu wyglądał na trochę zmartwio­nego.

– E tam, pójdziesz w zaparte i tyle. Jak cię ko­cha, to uwie­rzy, a jak nie kocha, to sobie tamtą odszukasz albo inną.

– O, jakie to proste, tu ta, tam tamta, rozwiąza­nie wszel­kich problemów kolega Bogdan wytrząsa z rękawa na poczeka­niu.  ironizował Jachu. – Rąk nie umyłeś a poza tym zasłoń kotarę. Chociaż nie… już za późno, poczułem.

To była prawda. Zapachy z ubikacji omijały prawie wszystkich, wędrowały gdzieś górą, ale za to kumu­lowały się nad łóżkiem Jacha, który ogłosił, że nie­dowiarkowie mogą to sprawdzić. To było dru­giego dnia.

Rybka poszedł. Wdrapał się na górę pod hasłem nauki, pocią­gnął nosem jak wytrawny kiper, kiwnął głową, zszedł na dół, oświadczył, że Jachu mówi prawdę i że na­stępny może też to sprawdzić.

– Nie, nie, wierzymy ci na słowo, nauce trzeba ufać.

Bogdan tymczasem cofnął się, zaciągnął kotarę i wtedy usły­szeli, że okienko w drzwiach się otwiera i strażnik powiedział:

– Rybka i Pawlicki przygotować się. Wychodzi­cie.

—————

Tadeusz na pożegnanie dostał dwa grypsy do ręki.

Jednak zdążyli przepisać je dla niego, a miał taką cichą na­dzieję, (bo przecież nie krzyknąłby w ich stronę „boję się, że mnie obiją” albo „a dajcie mi święty spokój”!), że im się to nie uda.

Od ogłoszenia, że on i Rybka wychodzą dzisiaj, mi­nęły już ze dwie godziny, ale przygotować listę in­ternowanych w tak krót­kim czasie nie było łatwo. Wprawdzie od samego początku funkcjonowało połącze­nie między celami, lecz czas potrzebny do tego, by kartka papieru obiegła je wszystkie, bez­względnie uciekał. W nerwach nie od razu wpadli na pomysł, żeby nie robić jednej listy, która wę­druje od celi do celi i z parteru na piętro a potem z powrotem, ale nazwiska z wszystkich cel na osobnych kartkach przysłać do tej: ostatniej i najwięk­szej, bo czterna­stoosobowej. W innych siedzieli chyba po sześciu czy ośmiu. Linię komunikacyjną wytyczono od razu, ledwo tylko weszli do celi. Za oknem jeszcze było ciemno, ale już po­woli kończyła się pierwsza noc  internowa­nia. Przez głośnik nad drzwiami przemawiał Jaruzelski, in­formując o stanie wojennym. Może dlatego od razu po­myślano o we­wnętrznej komunikacji. Była to pierwsza rzecz, którą większość z nich się zajęła. Kosztem swoich miejsc do spania.

On, gdy weszli do celi, od razu wyszukał miejsce, gdzie złożył swoje rzeczy. Jak na obozie harcerskim: pierwsze łóżko z brzegu oznaczało – pierwszy „ochotnik” do ja­kichś nagłych zadań a tu, w więzie­niu, pewnie ten, który pierwszy oberwie. Pod oknem – będzie wiało, na górze – w zamkniętym pomiesz­czeniu kiepskie powietrze, w tyle, po rogach – tam może być wilgoć. Wybrał środkowe, na lewo od drzwi, dolne łóżko. Pierw­szy impet w razie czego nie wyładuje się na nim, gdyby wpadli i zaczęli bić. Wyobraźnia, zmę­czona wielogo­dzinnym, przez całą noc internowa­nia trwającym napię­ciem, produkowała tylko jedną scenę: uzbrojo­nych w pałki szarych ludzi, którzy z wrzaskiem wpadają do celi i walą na oślep.  A on chowa się pod łóżko. Kiepska szansa, ale zawsze coś.

Łóżek było czternaście, dwa rzędy piętrowych i dwa poje­dyn­cze: jedno pod oknem, na przeciwległej stronie od wejścia, drugie na prawo od drzwi, pod ścianą tuż za kwadratowym przepierzeniem, gdzie za nieciekawą za­słoną był kibel.

Podczas, gdy on się lokował, większa część pozosta­łych współ­więź­niów stała przy kaloryferze pod oknem. Ale nie po to, aby się grzać. Aluminiową łyżeczką wgryzali się wzdłuż rurki z cie­płą wodą, aż wygrzebali niewielką dziurę na wylot, do sąsied­niej cel. Potem rozeszli się rozglądając po wszystkich kątach, gdzie tu jeszcze jest szansa, by złapać kontakt z gór­nymi pomieszcze­niami. W rogu po jego stronie szła taka sama rurka jak ta spod okna. Zaraz któryś wskoczył na piętro i zaczął wiercić dziurę. Tym razem szło oporniej.

– Beton przylega, cholera.

– To walnij pięścią w sufit. Jak tam są, to od­powie­dzą, może domyślą się i sami zaczną wiercić, to się spotka­cie i dacie sobie buzi.

Rzeczywiście po trzykrotnym uderzeniu w sufit, z góry odpo­wiedział też ktoś trzykrotnie. Sygnał po­wtórzono, góra odpo­wiedziała. Sprawa zaczęła przedstawiać się optymistycznie. W rogu celi zgro­madzili się wszyscy.

– Dalej, dalej, trzeba wiedzieć, ilu nas tu jest.

– Wierć chłopie, wierć, baby tak szybko to ty nie przewier­cisz, to tu se przynajmniej ulżyj.

– Co ty? Cały kraj stanie w naszej obronie…

– Jakoś w mojej kamienicy sąsiedzi siedzieli ci­cho jak się dar­łem…

To była prawda i każdy z nich mógłby coś jeszcze na ten temat do­dać, ale po co? Zapadło milczenie. Chrobotała tylko łyżeczka pod sufi­tem.

– Łyżeczką od herbaty betonu nie przewiercę. – poin­formo­wał po kilku chwilach głos z gór­nego łóżka.

-Kiepski z ciebie ginekolog, brachu, z łyżecz­kowa­nia dwója.

– To właź sam i próbuj.

Zamienili się rolami. Wkrótce jednak nowy potwierdził opór materii i zaprze­stano wierce­nia, tym bardziej, że z góry, poza odstukiwa­niem w nie­regularnych odstępach, też nie dochodziły inne dźwięki.

Po paru dniach wszyscy wiedzieli już, że oczekiwanie na pomoc z góry było daremne. Nad nimi było pomieszczenie więziennej biblioteki i w tym czasie, kiedy w ich celi zakładano pierwszą linię poczty, prze­bywali tam strażnicy. Internowani byli przekonani, że wszyscy wiedzą o istnie­niu poczty, powinni się tego byli domyśleć i być może tak też było, ale praktycz­nych konsekwen­cji przez te dziesięć dni pobytu Tadeusza w więzie­niu nie wyciągnięto. Wprawdzie rewidowano ich cele, gdy wycho­dzili wszyscy na spacer, ale cóż tam miano znaleźć?

Rybka jako pierwszy dostał listę internowanych. Były to dwie kartki z tą samą treścią, na wypadek, gdyby w czasie rewizji, znaleziono jedną, miał w zapasie drugą. Chłopak zaszył się w kącie, na łóżku pod Jachem i oto­czony kilkoma doradcami, ukrywał oba grypsy.

A Tadeusz albo stał przy stole, gdzie jeszcze pisano, na dwie ręce, listy dla niego, albo chodził nerwowo po celi.

– Zapal. – to Bogdan. Siedział na swoim łóżku, pierw­szym z brzegu, przy drzwiach.

– Daj spokój. Nie będę cię opalał. Ja sobie na ze­wnątrz ku­pię, a tu są racjonowane.

– Zapal.  powtórzył Bogdan spokojnie.  Dam radę. Wypić na pożegnanie nie mamy co, ale zapalić możemy. Za­zdroszczę ci.

-Czego? Podpisałem dokument, że nie będę…

– Wiem. Też bym podpisał, ale ja nie mam żony ani nie uro­dziło mi się tydzień temu dziecko, jak to­bie… Mam tylko psa a ten ja­koś wytrzyma z mo­imi starymi. Albo ich po­gry­zie.  zażartował.

– Pocieszasz mnie.

-Może tak.  spoważniał nagle i podając ogień, spoj­rzał kole­dze w oczy. – Tadeusz, ja my­ślę tak:  masz młodą żonę. Pewnie ładna, co?

Tadeusz potwierdził.

– To dobrze zrobiłeś. Wierz mi, trochę znam się na lu­dziach. Zaraz jakiś się pokręci, nawet jak macie już dziecko. A tu? Tu siedzi dosyć bohaterów. Na razie nas nie biją. Chyba „Wujek” wszystkich na­straszył. Kon­spi­racji jeszcze nie ma, chociaż nie wierzę, by wszystkich nas wyłapali. Więc nic nie wiesz, chłopie, i to jest twoja szansa. Podpi­sałeś, dobrze, pewnie, że nie jest to do­wód wielkiej od­wagi, ale twoja żona potrzebuje boha­tera w łóżku a nie na cmentarzu. To gdzieś wyczytałem, to nie moje zdanie, ale pasuje.

Pochylił się, by spetować w popielniczce zrobionej ze sta­rej paczki „Sportów”, które tu, w potulickim wię­zieniu można było dostać, pewnie ze starych zapa­sów, bo teraz, od jakiegoś czasu papierosy te zmie­niły nazwę na „Popu­larne” i dodał:

-A dla nas to szansa, że lista nazwisk interno­wa­nych wyj­dzie na zewnątrz, a jak już wyj­dzie, to nie będzie tak łatwo nas gdzieś „zgubić”, rozumiesz?

– Pewnie, że rozumiem. – potwierdził Tadeusz auto­matycz­nie, bo chociaż bardzo starał się zrozumieć, co się stało, jakie to wszystko może mieć dla niego kon­sekwencje, to ja­snego obrazu tego, co chce, co zamie­rza, co tak naprawdę o tym wszystkim my­śli, jesz­cze nie miał. Różne rzeczy chodziły mu po głowie, ale żadna z nich nie była na tyle mocna, by stać się począt­kiem jakiegoś działania. Z wyjąt­kiem jednej: wyjść stąd jak najszybciej. Ta decyzja zapadła nie od razu, nie po pierwszej rozmowie z oficerami bez­pieczeństwa, jaką odbyli pięć dni temu, nie po strachu, jaki ich ogarnął, kiedy przez ra­diowęzeł poinformowano o ofiarach śmier­tel­nych w kopalni „Wujek”.

Przyczyną był jeden człowiek, współwięzień, wysoki funk­cjona­riusz związkowy, szef Komisji Interwen­cji, organi­zator ogól­nych mo­dłów, Tadeusz też się modlił, wściekły na siebie, że nie miał odwagi po­wiedzieć, że nie wierzy. Nie wierzy? A kto się wprost, ale po cichu, w myślach, zwracał do Matki Boskiej o pomoc, przerażony tym, że może sam zgi­nąć jak te chłopaki w kopalni? Było, tak, było. Ale to zrobił sam, z własnej woli, a ten „szef” przymu­szał, nie tylko Tadeuszowi wydały się te mo­dły po prostu ideologiczne, nie z rze­czywistej potrzeby nadziei i otuchy, ale żeby pokazać, żeby się poka­zać. Siedzieliby tu ko­muniści, to pewnie śpiewaliby „Międzynaro­dówkę”! Ale to jeszcze można było he he, znieść. Nieznośne stawało się maniakalne powta­rzanie przez „szefa” zdania: „Wszyst­kich komuni­stów należy powiesić.” Początkowo brano to za zwrot, za puste ha­sło, za wyraz ogromnej niechęci, formę przekleństwa, zdanie wy­wołane poczuciem chwi­lowej porażki, inną formę tego co Jachu robił Rybce.

Ale ten człowiek, ostrożnie zapytany przez tego czy owego, czy rzeczywiście tak myśli, potwierdzał, że tak i w tym stanowisku z dnia na dzień tylko się utwierdzał; „Wszystkich i bez wyjątku.” W ogóle nie było dyskusji. Nikt nie trzepnął ręką w stół, gdy grali w szachy, a ten ze swojego łóżka pod ścianą, jak sufler, ni z tego, ni z owego mówił do nich: „Wszyst­kich komunistów należy powie­sić.” Drażnił, to prawda. Nie był reprezentantem większo­ści, bo czuło się milczący sprzeciw wobec jego zacho­wa­nia. Ale to on miałby może pewnego dnia odpowiednią władzę w rękach, by swoją groźbę zrealizować. I czym różnił się od lokalnych sekretarzy bolszewic­kich, którzy też głosili: „Wszystkich burżujów powie­sić.”?

Może i ktoś trzepnąłby w stół, ale wtedy przewróci­łoby się wiele szachowych figurek. Tadeusz też nie zaprotestował oficjalnie, może jeszcze nie warto było, może nie chciał, kolejny raz w życiu, wystę­pować jako pierwszy. Pewnie nikt nie chciał być pierwszym. Tadeusz zadał sobie tylko dwa pytania: „Moją matkę i mojego ojca też? Moich profesorów z uczelni?” I wiedział, że nikogo nie należy wieszać.

– Przygotować się do wyjścia! – powiedział strażnik przez okienko w drzwiach.

Tadeusz wyciągnął dłoń na pożegnanie.

– Trzymaj się. – rzekł do Bogdana.

– Ty też… myślicielu. Pogadać jeszcze chcia­łem, ale żeś od­pły­nął w siebie.

– Przykro mi.

– Daj spokój, może zdarzy się jeszcze spotkać.

– Bogdan… – odwrócił się jeszcze Tadeusz. – Weź moje łóżko.

– A to czemu? Mnie tu nad głową nikt nie pier­dzi.

– Wiesz… jak tu wlecą, to pierwszy impet pój­dzie na cie­bie…

-Myślisz? – zastanowił się Bogdan. – Przemy­ślę. I dzięki.

Pożegnali się. Tadeusz podszedł do swojego łóżka, złożył na kupkę te kilka rzeczy, które wydano im na wejściu do wię­zienia: ścierkoręcz­nik, alumi­niową miskę, łyżkę, kubek. Sięgnął po zostawioną na łóżku książkę  Hamsuna. Już jej tu nie doczyta. I dobrze. „Głód”… Postałby chłop w kolejkach, to pewnie ina­czej by pod­szedł do życia. Zaczął nakładać płaszcz, gdy usłyszał:

– Twoja własność. Dziękuję. – Jachu stał za nim i w wycią­gniętej dłoni podawał mu rę­kawiczki.

Tadeusz z płaszczem na jednym ramieniu, odebrał je i wcisnął do kieszeni. Uśmiechnął się pod nosem, podał dłoń Jachowi. Kiedyś, chyba drugiego dnia po internowaniu, Jachu próbował żar­tować z jego długiego płaszcza mówiąc, że pewnie zabrał go jakie­muś zdobywcy Pałacu Zi­mowego, bo taki był długi i szary, a jeszcze do tego ta futrzana, „ruska”, czapka.

Tadeusz wzruszył wtedy tylko ramionami, niech sobie gada. Ale na pierwszym spacerze podszedł do Jacha, który w swej kurt­czynie dreptał skulony z zimna w te i z powrotem po we­wnętrznym dzie­dzińcu obok budynku łaźni, przeciągnął nagą dłonią wzdłuż swego płaszcza i zapytał:

– Teraz rozumiesz dlaczego taki długi?

– Nie mów, kurwa, żeś też stan wojenny prze­wi­dział. – mruk­nął Jachu.

– Stanu to nie, ale zimę tak.  i podał mu swoje skó­rzane rę­ka­wiczki:  Lepsze byłyby z wełny, ale cho­ciaż to… Mnie na te parę mi­nut spaceru nie będą potrzebne.

…w kręgu wokół piszących robiło się nerwowo:

– Dali, dali, chłopaki, tempo.

Rybka stał z przodu przed drzwiami, zasłaniał sobą okienko w drzwiach.

I w chwili, kiedy otwierały się drzwi celi i widział już przed sobą fragment więziennego korytarza, poczuł jak ktoś pakuje mu w dłoń niewielkie kartki papieru.

Nawet nie zdążyli zgiąć ich chociaż na cztery.

Zgniótł je ostrożnie i wsadził ręce do kieszeni płasz­cza.

Wyszli i stanęli na korytarzu.

– Teraz do kontroli. Rewizja. – powiedział strażnik.

„ No to po wszystkim. Znajdą, mordę obiją albo wy­śmieją. Co za kretyństwo. Bibuła w kieszeni, zero szans…” pomyślał Ta­deusz i poszedł człapiąc za strażni­kiem.

Wprowadzono ich do tego samego miejsca, pomię­dzy metalo­wymi kratami,  które spełniały funkcję podobną do śluzy wod­nej, trzeba zamknąć jedne wrota, żeby móc otworzyć drugie  i gdzie człowiek czuł się jak zwierzę w klatce. To miejsce poznał w czasie pierwszej godziny po­bytu tutaj, wkrótce po tym, jak ich tu przywieziono i uczucie, jakiego wtedy doświadczył, było takie same: zwierzę w klatce. Nie lubił zoo! Strażnik zamknął kratę za nimi.

– Wchodzić po kolei.

Rybka poszedł pierwszy. Strażnik za nim, ale tylko do drzwi, a po­tem odwrócił się i stanął milcząco z boku.

Tadeusz stał bez ruchu. Krata za nim, krata przed nim. Strażnik obok.

Gorączkowo zastanawiał się, co zrobić z oboma grypsami. Czuł, że dłonie zaczynają mu się pocić, z podniecenia i z gorąca. Miał prze­cież na sobie zi­mowy płaszcz, no  i jesz­cze tę futrzaną czapkę na głowie…

„Brakuje jeszcze rękawiczek do kompletu. – pomy­ślał sarka­stycznie i nagle go olśniło:  Rękawiczka!”

To było jakieś rozwiązanie. Tkwiły w prawej kie­szeni, tam gdzie i jego dłoń z oboma grypsami. Musiał teraz spróbować, pod nosem strażnika, tak ma­newro­wać, by wepchnąć papiery do rękawiczki. Udało mu się je najpierw zrolować, aż stały się cien­kie jak wkłady do długopisu. Wsunąć je, było już trudniej. Ręka­wiczki nie były na taką operację przy­gotowane. Tworzyły zwiniętą kulę, wcisnął je prze­cież tam, nie przypuszcza­jąc, że to może mieć takie zdumiewające konse­kwencje. Teraz musiał ostrożnie odszukać ich wlot, wsunąć się dło­nią w jedną z nich, by złożyć tam trzymane wewnętrz­nymi stronami palców oba ruloniki. I tak to zrobić, by strażnik nie zwrócił uwagi na jego manipulacje w kieszeni płasz­cza. To trwało a Rybka mógł lada chwila wyjść z pokoju straż­ników i wtedy przyszłaby kolej na niego.

Ale cierpliwie, z twarzą, której starał się nadać wyraz spokoj­nego oczekiwania, nie patrząc na strażnika ani przez moment, bo jakie­kolwiek spojrzenie mogło zdra­dzić,  że coś kombinuje, pilnujący go mężczyzna mógł wziąć każde z nich za sprawdza­jące, czy jest przez więźnia obserwowany, czy coś zauważył, a wtedy rzeczywiście sta­rałby się coś dostrzec, nabrać jakichś podejrzeń, powie­dzieć o nich tym w środku… Stojąc więc spo­kojnie, Tade­usz powoli realizował swój zamiar. I kiedy Rybka wyszedł z powrotem na korytarz, Ta­deusz był u celu. Grypsy tkwiły w jednej z rękawi­czek, a te znowu tworzyły zbitą kulę.

– Następny.

Rybka mrugnął w przelocie na znak, że jemu się udało.

– Dzień dobry.  powiedział Tadeusz do dwóch strażni­ków, któ­rzy siedzieli przed stołem, bokiem do drzwi. Pomiesz­czenie było wą­skie.

– Dobry.  odpowiedział ten bliżej niego.  Pro­szę naj­pierw wszystko wyjąć z kieszeni, wszystko, co pan ma.

Wiele tego nie było: paczka papierosów z jednym papie­rosem, za­palniczka z zaworkiem, rękawiczki.

Strażnik powstał.  Krzesło bardzo mu przeszkadzało, nie dało się dalej odsunąć, więc opierając się o stół, przeci­snął w stronę Tade­usza, by samemu spraw­dzić, czy kie­szenie ma już puste.

– Proszę o szal, czapkę i pasek… od płaszcza i od spodni też.

I wcisnął się  z powrotem za swój stół.

Tadeusz podał mu wszystko. Tamten zaczął spraw­dzać, czy nie ma jakichś wszyć, podejrzanie usztyw­nionych miejsc. Robił to wolno i uważnie.

-Buty?. – zapytał drugi strażnik.

Ale pierwszy skrzywił się sceptycznie i powiedział tylko:

– Pan odwróci się i podniesie po kolei nogę po no­dze.

Tadeusz uczynił, jak mu kazano a potem usłyszał:

– W porządku.

Odwrócił się. Wtedy ten bliższy pokazał dłonią, że już może swoje rzeczy zabrać, a potem z twarzą tuż nad bla­tem stołu, zaczął grzebać ręką w jakimś pu­dełku po bu­tach, gdzie było kilka dużych, brązo­wych kopert. Jedną z nich wyciągnął i poło­żył na stole przed sobą. Chwycił za spodnie rogi i powoli wy­trząsnął zawartość w stronę Ta­deusza:

-Pan sprawdzi, czy jest wszystko?

Były tu drobiazgi, które musieli oddać, gdy ich tu „przyj­mo­wano”: dokumenty, klucze, zegarek, cztery banknoty i trochę monet w port­monetce.

– Odliczono za papierosy… – rzucił strażnik, wi­dząc, że Tade­usz przelicza.  Siedem zło­tych.

Tak, „Sporty” mieli w starej cenie, po 3,50 paczka!

– Zgadza się.

– To pan tu pokwituje. I może pan wyjść.

Tadeusz podpisał.

– Wesołych Świat. – rzekł.  To jutro.

Zaskoczył ich. Ten siedzący bardziej w głębi aż się wychy­lił, by przyjrzeć się człowiekowi, który życzy im „Weso­łych Świąt”. Ale obaj życzenia odwzajem­nili.

Wyszedł. Był czysty.

To chyba zrozumiał też strażnik czekający z Rybką na zewnątrz, bo uśmiechnął się do Tadeusza szeroko (Boże, on ma trzy zęby! Neptun jeden!) a potem otworzył drugą kratę, przepuścił ich, zamknął za nimi i poszedł przodem. Wyszli z budynku.

Na zewnątrz ciemności rozświetlały jarzeniowe, mocne lampy. Mię­dzy budynkami więzienia leżał tylko śnieg, rozcięty przez kilka głę­bokich przejść, druty wieńczące mury i widoczna wie­życzka war­townicza budziły upiorne skojarzenia.

Wyszli spomiędzy bloków na większą przestrzeń i przez jakiś spory plac skierowali się za strażnikiem w stronę głównej bramy.

– Oświęcim, kurwa jego mać.-  mruknął Rybka. I po­ka­zał na dwóch strażników z psami, którzy szli wzdłuż przeciwle­głego boku placu.

-Na śniegu nas nie trzymali…

-No i dobrze, bo już bym na pewno nie prze­klinał…

Śnieg skrzypiał głośno pod nogami, mróz pierw­szymi ukłu­ciami przenikał przez skórę, podążający przodem strażnik oglądał się, jakby sprawdzał, czy za nim idą i stale się uśmie­chał.

Doszli za nim do głównej bramy. Tu czekał na nich jego zmien­nik, chyba wyższy stopniem, bo ich „opiekuna” odmeldował mu się. Nowy strażnik dał znak, by poszli za nim. Skierował się jednak nie do bramy a do budynku obok.

– Druga rewizja.- oświadczył im nie pytany.

Weszli po schodach na piętro do dużego, niczym szkolna klasa, jasno oświetlonego pokoju, w którym było kilku mężczyzn w tych nadal budzących zdzi­wienie mundurach straży więziennej, które, gdy ich tu wysadzono, wzięli najpierw za uniformy lotni­ków i już zaczynali się bać, że wywiozą ich samolotem gdzieś w głąb Rosji. To wyja­śniło się wtedy szybko, ale ten moment strachu odreago­wywali potem wszy­scy.

Mężczyźni mieli gwiazdki na pagonach a ten, który zajął się Tade­uszem, miał dwie belki i gwiazdkę. W wojsku oznaczałoby to ma­jora, tu oznaczało na pewno lepszego fachowca od rewizji niż tych dwóch z dołu.

Kazano im się rozebrać do bielizny. Tadeusz stał w jed­nym rogu pomieszczenia, przy stole, na który kładł swoje rzeczy, Rybka po przekątnej, w drugim rogu, otoczony przez czterech czy pięciu straż­ników.

Przy Tadeuszu był tylko ten „major”. Dlaczego był taki podział, nie wiadomo. Może ten tutaj, to jaki przełożony i żaden z wła­snej woli nie ma zamiaru się pchać w jego pobliże? Może jest taki dobry, że nie potrzebuje żadnej pomocy.

„Kaplica”, pomyślał Tadeusz, ale postanowił zacho­wać spokój, bo cóż innego mu pozostało, jak biernie czekać na odkrycie grypsów w rękawiczce? Stał w skarpetkach i gaciach przed tym oficerem i przy­glądał się jego ruchom i czynnościom, jak czło­wiek, który zamówił sobie hydraulika do cieknącego kranu i teraz ma okazję pod­patrzeć fachowca przy pracy. A tamten brał do rąk rzecz po rzeczy i sprawdzał, spraw­dzał, spraw­dzał, czy nic nie zostało wszyte, czy nie utwar­dzone, czy między ściankami paczki papie­rosów nie ma jakichś karteczek, przerzucił strony dowodu osobistego, centymetr po centyme­trze sprawdzał koszule, płaszcz, spodnie. Wolno oglądał buty.

Przy Rybce znaleziono grypsy!

W drugim kącie pokoju zrobił się mały ruch, ale bez śladu sen­sacji. Było do przewidzenia, że pierwsi zwolnieni będą coś przemycać i to się potwierdziło. Tylu na jednego zresztą.

„Major” tylko spojrzał w stronę kolegów, ale jego palce nie zaprze­stały przesuwać się po pasku od płaszcza, cen­tymetr po centyme­trze. Po pasku przyszła kolej na czapkę. Obejrzał ją, spraw­dził, gdzie i jakie są szwy i znowu obmacywał palcami centymetr po centyme­trze, nurzając się w jej futrze. Odłożył ją. Na stole do przejrzenia został tylko szal i rę­kawiczki. Wziął jedną. Najpierw zmiął ją w dło­niach a potem trzymając jak flak pasztetowej zaczął wyciskać zawartość, palec po palcu… Odło­żył.

„Teraz znajdzie…” pomyślał Tadeusz z rezygnacją, pa­trząc jak oficer sięga po drugą rękawiczkę. Sam też nie wiedział, do któ­rej udało mu się ostatecznie grypsy wci­snąć. Ale zaraz to się wyjaśni.

„Major” sięgnął po drugą. Powtórzył te same czyn­ności, co przy pierwszej, wyciskał zawartość od muszli dłoni po czubek każ­dego z pięciu palców, wolno, straszliwie wolno.

Odłożył!

„Niemożliwe.” pomyślał Tadeusz. „Co jest?”

Najchętniej odtrąciłby teraz oficera, porwał tę nie­szczę­sną rę­ka­wiczkę i sam sprawdził, co ona tam ma w środku. Ale to nie był dobry pomysł na tę chwilę.

– Może się pan ubrać.  powiedział jak lekarz do pa­cjenta prze­szukujący go człowiek. Spojrzał na ze­garek i dodał:  Jak się nie bę­dziecie guzdrać, to zdążycie jeszcze na auto­bus do Nakła a stamtąd pociągiem do Byd­goszczy. I nie zapomnij­cie o go­dzinie mili­cyjnej! To oznaczało, że ich zadaniem było tylko zabrać ewentu­alne grypsy ale nie ponownie wolność. To już coś.

Na wyjściu powtórzyło się to, co na nich tak mocno psy­chicznie podziałało, kiedy tu wjechali po raz pierwszy. Łomot stalo­wych wrót bramy zamykanej za nimi. Głuchy, znany z kino­wych więzień, dźwięk, jaki powstaje gdy ma­sywna stal bramy uderza w masywną framugę. Łuup! Głuchy skrzyp bramy otwieranej przed nimi… I to światło zimnych lamp nad nimi, odbite od trupiozielonych ścian.

-Wszystko znaleźli. – mruczał Rybka. – A tak dobrze było ukryte!

– Za dobrze.- skwitował Tadeusz. Czuł się nie­swojo, gdy szli tak obaj przez podwórze w stronę drugiej bramy, za którą już była wol­ność. Żółtozielony kolor jaki tu do­minował, te ściany. Wyobraził siebie jak robaka, nad którym zawisł wielki woj­skowy but i waha się, zasta­nawia świadomy swej potęgi i możliwości wyboru… zdeptać czy przestą­pić nad nim? Ohyda.

– A u ciebie znaleźli? – wyrwał go z zamyśle­nia Rybka.

-Co?

– Czy znaleźli u ciebie?

– Nie.

– Dobrze ukryłeś.  pochwalił go kolega.

-Wcale nie ukryłem. Nie miałem czasu. – i ta ironia losu, roz­śmieszyła Tadeusza. Poczuł się lepiej. Coś się jed­nak udało.

– Coś ty? Poważnie? – Rybka zatrzymał się w drzwiach, bloku­jąc przejście.

Tadeusz klepnął go w ramię:

– Co? Zostajesz?

– Odwal się.

I zrobił skok z miejsca, tak jak to robili kiedyś w szkole: przy­kucnął lekko, wziął rękoma zamach i skoczył. Wycią­gnął się oczywiście jak długi na śniegu.

– I co to miało być? – zapytał Tadeusz ze zdzi­wie­niem.

Tamten pozbierał się niezdarnie z ziemi i otrze­pując ze śniegu powiedział:

– Taki przesąd. Trzeba zostawić za sobą prze­rwany ślad.

– No to fajnie, że mi o tym powiedziałeś. Ego­ista.

– Nie gniewaj się. To taki prywatny zabobon. Jesz­cze ze szkoły średniej. Ty nie masz żad­nego?

– W średniej unikaliśmy przejścia pomiędzy bram­kami: mię­dzy dwoma blisko rosnącymi drzewami, pod słu­pem telefo­nicznym w kształcie litery A.

– Czemu?

– Bramka ma dwa słupki. Rozumiesz? Dwója.

– Jasne, ale ja nigdy nie miałem.

– Taki zdolny! No proszę.

– Zdolny, i kujon.

Szli wzdłuż szarego, wysokiego muru potulickiego wię­zienia. Dalej były bloki jakiegoś osiedla. Pewnie strażnicy też tu mieszkali. W paru oknach świeciły się lampki na choinkach.

– Ładne. – powiedział Rybka i patrząc w okna mimo­wol­nie zwolnił kroku.

– Nie zostawaj. Nie ma czasu. Chodź. – niecier­pli­wie od­parł Tadeusz. – Zaraz ma jechać autobus do Nakła a potem mamy po­ciąg do domu.

– No, ja mam pociąg. Nie tylko do domu. – zgodził się Rybka. – Ale co jest z tymi grypsami?

– Sam nie wiem. Zaraz sprawdzę. Ale jeszcze nie tu.

– Myślisz, że nas śledzą?

– Śledź śledzia śledzi i na dorsza zwala…  za­żartował Tade­usz, ale nagle przypomniał sobie, jak nazywa się jego towa­rzysz i dodał:  Przepraszam, nie miałem za­miaru żartować z twego nazwiska.

– Fajne. Gdybyś mi nie powiedział, to nawet bym nie za­uwa­żył. –  rzucił Rybka i zamilkł urażony.

Milcząc doszli do przystanku. Kiosk „Ruchu” był czynny. Tade­usz przyjrzał się ofercie papierosów. „Zefiry”, „Klu­bowe”, „Po­pularne”, „Carmen”, jakieś nowe, jugosłowiań­skie, ale drogie.

– Paczkę „Wiarusów” poproszę.  powiedział Ta­de­usz do kio­skarki. – Jedzie ten autobus?

– Jedzie, jedzie, ale może być pełny.

Tadeusz zapłacił, wyjął ostatniego „więziennego” papie­rosa, zapalił, pustą paczkę zmiął i rzucił do kosza na śmieci, zamo­cowanego do słupa. Biała kulka spadła na ziemię. No tak, kosz nie miał dna.

Teraz dopiero sięgnął po rękawiczki. Najpierw nałożył lewą. Nic w niej nie było. Potem naciągnął prawą. Były. Między środkowym a wskazującym palcem poczuł zwitek papieru. Jak to możliwe, że tamten tego nie znalazł?. Zdjął rękawiczkę z dłoni, jakby coś go w niej uwierało i zaczął tak samo jak „Ma­jor” wyciskać.

Nie wyczuł nic, papier był tak miękki, tak już uro­biony, że imitował doskonale zgrubienie, jakie robi szew na materiale. Dlatego udało się. Teraz trzeba tylko dostar­czyć do księdza na Ossolińskich. Ale o tym pomyśli póź­niej.

– Jest autobus. – odezwał się nagle Rybka.

Na końcu ulicy ukazała się tłustawa sylwetka nie­wiel­kiego „Auto­sana”.

Do Nakła dojechali na stojąco, lecz bez przeszkód. Dwo­rzec PKS był niedoświetlony, kręciło się po nim kilkana­ście osób, stały dwa auto­busy, ale do Byd­goszczy nie było żadnego bli­skiego połączenia.

– Ten, który mnie rewidował, powiedział, że powinni­śmy mieć pociąg. – powiedział Ta­deusz.

– Wiesz, gdzie jest dworzec?

– Nie. Jestem tu pierwszy raz, ale z autobusu, wi­działem przej­ście kolejowe, to i dworzec powinien być nieda­leko. To przecież małe miasteczko. Idziemy.

Rybka wolał jednak zapytać o drogę:  W małym mia­steczku dworce są albo tuż, tuż albo daleko za la­sem. – wyjaśnił na odchodnym. I poszedł do okienka informacji.

Mieli szczęście, rzeczywiście nie było daleko. Kupili bilety i wyszli na peron w momencie, gdy pociąg do Bydgoszczy już  wjeżdżał.Wsiedli do wielkiego, piętrowego wagonu. We­wnątrz prawie wszystkie miejsca były zajęte. Rybka przycupnął na odchyla­nym ze ściany siedzeniu, Ta­deusz  zaś wszedł na piętro, ale tam widział znad oparć tylko głowy. Zszedł na dół.  Na parterze, w głębi znalazło się jedno wolne miejsce. Usiadł na­przeciwko jakiegoś małego chłopaka, który siedział obok smutnej kobiety w średnim wieku. Mężczyzna obok, który oparty głową o szybę zdawał się spać, odruchowo zrobił mu więcej miejsca.

Pociąg ruszył.

Tadeusz tępo patrzył przed siebie. Było mu zimno i czuł się zmę­czony. Za oknem migały od czasu do czasu świa­tełka dal­szych i bliższych wiosek, niekiedy jakaś lampa rzucała blade światło na pusty przejazd kolejowy. W szy­bie, o którą oparty był jego sąsiad, jak w zmatowiałym od starości lustrze mógł wi­dzieć taką samą szarą jak i pozo­stałych obok ludzi, swoją twarz.W wagonie nie słychać było żadnych rozmów, tylko stu­kot kół i skrzypienie jakichś metalowych części. Nagle spostrzegł, że siedzący naprzeciwko maluch patrzy na niego wielkimi, smutnymi oczami. Było w nim coś niezwykłego? Może wydał się ma­łemu taki wielki, w tym swoim długim, „rewolucyj­nym”, płasz­czu? Spróbował się do chłopaka uśmiechnąć, ale chyba nie za bardzo mu się udało, bo mały pochylił się lekko do przodu i jakby ze wstydem zasłonił sobie oczy.

Między palcami jego prawej dłoni zamigotały srebrne refleksy świa­tła.

Przejeżdżali właśnie przez jakąś  kilkoma latarniami oświetloną wieś.

Chłopak płakał cicho i tylko dla siebie.

Tadeusz odwrócił wzrok, nie chciał płakać a czuł, że za chwilę coś i w nim pęknie i… wtedy poczuje się niezręcz­nie wobec tych wszyst­kich ludzi. Nie chciał do tego dopu­ścić. Wziął szybko dwa razy głęboki oddech i to mu po­mogło. Przy­mknął oczy i opuścił głowę. Potem przy­cisnął łokcie do boków, zimno coraz bardziej dawało o sobie znać, do­brze, że nie wziął z domu krótkiej kurtki, tylko ten płaszcz.

Spróbował sobie przypomnieć, czy to był jego po­mysł, czy może matki, założyć ten płaszcz. Ojciec? Ojciec powie­dział tylko jedno zdanie. Internowanie syna było dla niego absolutną po­rażką… Ale czy nie stał dumnie? Syn dobrego kumpla ze wspólnych stalinow­skich jeszcze cza­sów przyszedł aresztować jego syna, a nie odwrot­nie!” Pan pozdrowi ojca, razem praco­waliśmy w komitecie…” Ja pierniczę, stary jest naprawdę udany! A tamten po­bladł. Zniknął mu potem z oczu na ko­mendzie, został tylko ten niski tłustawy blondy­nek, który po­tem przy nim siedział i próbował rozmawiać? Czy to  jest ważne? Co to ma za znaczenie? Boże, jaki jest zmęczony.Chyba nawet zdrzemnął się, bo nagle zobaczył znane bu­dynki  byd­goskiego dworca. Pociąg zwalniał.

Na peronie czekał już na niego Rybka.

-Pełno wojska i milicji.  powiedział i tylko oczami wska­zał na boki.

– Stan wojenny.

– Ale jak to, kurwa, wygląda. Chłopaków na chłopa­ków posy­łać! Już do tego doszliśmy, że sami się za mordę bie­rzemy? Tak ich Ru­skie wy­chowały, że już za nich brudną ro­botę robią?

– Tak nie mów, bo znowu ktoś na ciebie donie­sie.

– Teraz możesz tylko ty. – mruknął Rybka i zmieszał się. – Sorry, stary, przepraszam, głu­pio powiedzia­łem. Masz rację.

– Rozumiem.

Przeszli przez holl dworcowy, nieco jaśniej oświe­tlony niż ten w Nakle, wielki w porównaniu z tam­tym, ale tak samo szary i niecie­kawy. Patrol woj­skowy tu, patrol milicyjny tam, milczący ludzie, ja­kaś kolejka przed kasami, błoto na podłodze, szarość ulicy na ze­wnątrz, neony, i tak przecież biedne, wy­gaszone…

– Podejrzanie by brzmiało teraz hasło: „Byd­goszcz mia­stem zieleni.” Zbyt oczywiste. – mruknął do Rybki.

–  O czym ty mówisz? – kolega nie zrozumiał.

–  O neonie. Neon się nie pali. – wyjaśnił.

–  Fakt.  – stwierdził Rybka.  No i co z tego?

-„Bydgoszcz miasto zieleni.” Teraz pełno zielo­nego woj­ska na ulicy.

– Poetyzujesz. Prąd oszczędzają. Pewnie wę­gla brak.

Zamilkli. Tadeusz pomyślał o kopalni „Wujek” i pewnie to samo skojarzenie przyszło Rybce na myśl, bo mruknął ze smut­kiem:

– No, porobiło się…

Chwilę szli w milczeniu patrząc przez szyby waha­dłowych drzwi wyjściowych w głąb ciemnej Dwor­cowej, na tłumek ludzi cze­kają­cych na autobus po drugiej stronie ulicy, skurczonych jak stado prze­marzniętych wróbli, na sa­motny wóz tramwajowy, który wtoczył się wolno na przy­stanek przed dwo­rzec i wypusz­czał inne skulone wróble na chodnik. 

Z daleka nie było widać, jaki ma numer, gdyż ten z tyłu był nieczy­telny a bocznego brakowało.

– Czym jedziesz? – przerwał milczenie Rybka.

– Tramwajem. Ósemką na Kapuściska.

– No to cześć, ja muszę na Błonie.

– Trzymaj się.

– Ty też.

Podali sobie dłonie na pożegnanie, potem Rybka szybko od­wrócił się, wsadził ręce do kieszeni i po­chylony ruszył przed siebie. Tadeusz chwilę patrzył za nim, przez moment zasta­na­wiał, czy nie iść już na przystanek, ale przypo­mniał sobie, że tramwaje często stoją długo na pętli, zanim podjadą. Nie ma sensu mar­znąć na ze­wnątrz, w budynku dworco­wym mimo wszystko jest cieplej. Cofnął się trochę i stanął na skraju schodów biegną­cych w dół, gdzie podziemny tunel rozprowadzał podróżnych na perony. Tramwaj ruszył z przystanku i tak jak Tadeusz przy­pusz­czał, zatrzy­mał się kilkadziesiąt metrów dalej. Stojąc oparty plecami o poręcz, rozglądał się po dworcu, ale nie po to, by znaleźć jakieś wyraźne zmiany, nie szu­kał czegoś, co by świadczyło o sytu­acji w jakiej był kraj. Ostatni raz podróżo­wał w marcu tego roku, nie miał więc odniesienia do tego, co było a teraz zmieniło się, bo wtedy dworcowi się nie przyglądał. Czy wtedy było więcej ludzi? Pewnie tak, teraz są ograniczenia w podróży, jakieś kon­trole na drogach, godzina milicyjna. No, nie będzie sprawdzał tego z zegarkiem w ręce.

Już chciał wrócić do poprzedniej pozycji, gdy jego uwagę przy­kuła tęga, wielka, masywna kobieta, która pchnąwszy skrzydło drzwi targanym ze sobą jednym z dwóch pokaź­nych rozmiarów tobołem, otworzyła sobie wejście na dworzec. Kobieta podeszła do wolnej kasy. Postawiła toboły i ku­piła bilet. Schowała do kieszeni wypłowiałej, ciemnowi­śniowej, wełnianej kamizelki i schyliła po toboły. Skrzy­wiła się przy tym. Były na pewno cięż­kie. Podniosła je jednak szybko i energicznie ruszyła w stronę schodów, gdzie stał Tadeusz.

Wtedy stało się.

Na środku dworcowego hollu, między kilkudziesię­cioma ludźmi, których sprowadziły tu różne sprawy, obok dwóch milicyjnych i jednego wojskowego pa­trolu, kobie­cie, gdy tak maszerowała, opa­dły… majtki. Wielkie, ja­snoróżowe majtki. Zdumiony Tadeusz zoba­czył, że ko­bieta tylko przestąpiła z nogi na nogę, bez zawahania, niemalże instynktownie, jakby prze­szła po prostu nad nimi, jak nad jakąś nieistotną przeszkodą i… poszła dalej taszcząc ze sobą dwa toboły.

Tadeusz rozejrzał się, ale spostrzegł, że nikt oprócz niego i za­intere­sowanej, tego zdarzenia nie zauwa­żył. Nikt nie wybuch­nął śmie­chem, nikt nie zwrócił uwagi kobiecie na „zgubę”. Nikt, dosłownie nikt.

Kobieta szła wprost na niego, wpatrzona przed sie­bie. Tade­usz próbował uchwycić jej spojrzenie, ale nie udało się. Ona patrzyła przed siebie, jakby świa­domie, nawet temu jednemu, jedynemu świadkowi jej niezamierzonej konfuzji, nie dać naj­mniejszej okazji do zrobienia jakiej­kolwiek uwagi.

Minęła go i zaczęła schodzić w dół, po schodach na pe­rony. Tadeusz patrzył jeszcze chwilę za nią w ślad, sam nie wie­dział po co, może czekał na jakiś jej ruch, jakiś gest, na przykład, że obejrzy się za siebie, zrobi coś, co by zdra­dziło, co ona sobie tam na górze, prze­stępując przez wła­sne majtki, pomyślała, ale darem­nie, kobieta z tobołami znikła za rogiem. Tadeusz spojrzał ponownie przez szyby, czy nie nadjeżdża „jego” tramwaj, ale na przystanku, oprócz paru czekają­cych ludzi, nie było nikogo. Obejrzał się przez ramię za siebie, w tę stronę, gdzie zo­stały nie­szczęsne majtki.

Patrol milicyjny przeszedł obok nich, spojrzeli z góry, któryś coś tam powiedział, zatrzęsły się czyjeś plecy od krótkiego śmiechu i… poszli dalej.

Tadeusz przypomniał sobie kabaretową parodię wiersza Maja­kow­skiego:

„Krawiec co gaci szyje tysiące,

na twarzy uśmiech ma!

On dziś nie spocznie nim zgaśnie słońce!

Nam nowych gaci trza!”

Słuchali tego kiepskiego już, bo wielokrotnie prze­grywa­nego z ma­gnetofonu na magnetofon, nagrania tyle razy, że znali całe pasaże na pamięć. Kiedy to było, rok przed maturą, nieco wcze­śniej? Było.

I Tadeusz, pewnie tak samo pochylony i z rękoma w kie­sze­niach jak Rybka, gdy się pożegnali i który doczekał się  właśnie autobusu, poszedł w prawo, do przejścia dla pie­szych, lawirując trochę między spie­szącymi skryć się przed chłodem w hali dworca pa­sażerami „Ika­rusa”. 

Nie chciał sobie skracać drogi i po przekątnej przejść przez skrzyżo­wanie ulic. Patrol tu, patrol tam, z nudów by go zatrzy­mali.

W kiosku kupił bilet.

– „Żołnierza Wolności…” – zaproponowała kio­skarka. – A może „Trybunę Ludu”, jeśli łaska?

Pochylił się, by zajrzeć głębiej. No tak. Pani Ania. Znał tylko jej imię i tylko z kiosku. Tu wystał prze­cież pierwszy numer „Ty­godnika Solidarność”, tu czasem udawało mu się kupić „Tygo­dnik Po­wszechny”.

Miał wtedy taki głód informacyjny, kupował wszyst­kie ważniej­sze tygodniki od „Czasu” po „Politykę” czy „Kul­turę”. A „Stu­denta” pani Ania zawsze, ale to zawsze, zo­stawiała dla niego. Studencki dowcip ga­zety trochę ją onieśmielał, ale sama poka­zywała mu różne, co trafniej­sze fragmenty i wspólnie recho­tali. I z tego stania pod kioskiem zrobiła się z cza­sem znajo­mość.

– Dobry wieczór, pani Aniu. Poznała mnie pani?

-Pewnie. Widzę, że znajomy człowiek kupuje tylko bilet a żad­nej prasy nie chce, to pomy­ślałam, że dobrze robi, bo tylko na biletach jeszcze prawdę piszą.

Tadeusz uśmiechnął się:

– Co robić? Takie życie…

Zastanawiał się przez sekundę, czy nie powiedzieć, że właśnie wy­szedł, ale pomyślał, że nie zna jej aż na tyle.

– Co słychać? Dawno pana nie widziałam.

No nie tak dawno, był tu na początku grudnia, Boże, ale w zu­pełnie innej epoce.

– Nic wielkiego… – powie jej jednak, a co? Przecież to prawda. –  Wsadzili mnie i właśnie wracam do domu.

– Gdzie, na Boga?

Tramwaj zatoczył już koło… Ósemka…

– W Potulicach, ponad dwustu tam jeszcze jest, pro­fesoro­wie z Torunia też, szef Komi­sji Interwen­cji…

– Jezu.

– Muszę lecieć, mam tramwaj…

– Z Bogiem, synu, z Bogiem…

I kobieta rozpłakała się. Wszyscy płaczą.

– Do widzenia.

Wskoczył do tramwaju, ale ten nie od razu ruszył w trasę. Wi­docznie do odjazdu pozostało jeszcze tro­chę czasu. Stojąc w środku wozu, z góry, Tadeusz patrzył w stronę wtopionego w długi parterowy budy­nek kiosku, w jedyne tutaj źródło żółtego, cie­płego światła, gdzie starsza ko­bieta chusteczką wy­cierała sobie oczy i coś do siebie mó­wiła, kręcąc głową jak to czynią ludzie, kiedy opowiada im się rze­czy, które nie znajdują uspra­wiedliwienia, które jednak są, ale całą duszą chciałoby się je odgonić.

W uszach miał jej ciche „z Bogiem, synu, z Bo­giem…”, dobre słowa błogosławieństwa, z tym prze­słaniem, jakie daje się lu­dziom na do­brą podróż.

Do domu szedł pieszo.

Tramwaj dojechał tylko do ronda przy Wyszyń­skiego. Mogliby je­chać dalej, ale przejazd zabloko­wała im „trójka”, która w swej dro­dze na Bydgoszcz  Wschód, sta­nęła na rozjeździe i koniec. „Ich” motor­niczy chciał prze­pchać zawalidrogę za skrzyżowanie i  utrzy­mać w ten sposób ruch tramwajowy na Łę­gnowo, Wy­żyny i Kapu­ściska, ale, mimo że wszyscy wysiedli, by wóz od­ciążyć, nie dał rady. Też stanął a ktoś z będących bliżej kabiny motorniczego po­wie­dział głośno, że przepalił się silnik.

– Zrobi się objazd przez Toruńską. – poinformo­wał motor­ni­czy.

      Też mi pociecha… W tym czasie dojdę już pie­szo. – pomy­ślał Tadeusz i ruszył przed siebie. Przez most na Brdzie przeszedł szybko, ale na Bełzy nie dość, że ulica prowadziła pod górę, to jeszcze chodnik był kiepsko od­śnie­żony, więc cały górny odcinek, gdzie już domów nie było, a w związku z tym także i chodnika, szedł poboczem jezdni,  usu­wając się z drogi zjeżdżają­cym z góry od czasu do czasu samochodom. To koszto­wało siły i czas: wejść w półmetrową zaspę brudnego śniegu, odczekać aż samochód przejedzie, wyjść z zaspy, buty i spodnie chociaż z grubsza otrzepać, zrobić kilkana­ście kro­ków i znowu wszystko po kolei powtórzyć.

Walcząc tak z tymi wszystkimi przeciwnościami, nie miał czasu zastanowić się, co powie, kiedy zapuka do drzwi. Nikt się go na pewno nie spodziewał, nie miał ani czasu, ani możliwości, by kogo­kolwiek zawiado­mić. Zrobi im niespodziankę. Wszyst­kim. Kasia z synem będą na pewno u teściów. W ich klitce na pewno nie.

Wszedł na klatkę schodową. Zapalił światło. Drugie pię­tro. Zapukał.

Otworzyła teściowa.

– O Jezu, Tadeusz. – zaskoczenie, podenerwo­wanie,  uśmiech, który nigdy nie wydawał mu się szczery i który dobrze pasowałby do osoby otwierającej drzwi w filmie o wizycie naczelnika poczty z nie­wielkiego mia­steczku w domu swojego podwład­nego, gdzieś pod ko­niec XIXw. na głębokiej au­striackiej czy rosyjskiej prowincji… Miał taką swoją, pry­watną zabawę: jednym zdaniem okre­ślić ten uśmiech teściowej. Robiło się co­raz dłuż­sze. Jak dojdzie do 35 wyrazów, zajmie się inną sytuacją.

Kasia wyjrzała z pokoju. Uśmiechnęła się i pokazu­jąc ich ma­łego syna, którego trzymała na ramieniu, powiedziała:

– Wchodź szybko, zimno. – i schowała się za drzwi.

– No, cześć, partyzant.  powitał go teść z kuchni. Wstał od stołu, przy którym dłubał coś jak zwykle. Zawsze miał coś do napra­wienia, to zegar, to ra­dio, to że­lazko. Co było tym razem? Podszedł do Tadeusza, przywitali się, podając sobie dłonie.

– Jesteś głodny? – zapytała teściowa po tym jak ją ucało­wał w policzek.

– Napiłbym się tylko czegoś gorącego, jakiejś her­baty…

-Rozpłaszcz się najpierw..

Wrócił do domu. Mógł wziąć syna na ramię. Przytu­lić się do żony. Porozmawiać z rodziną. Wszystko mógł i wszystko zrobił.

Przytulił się do żony. Czy gdyby tego sam nie zrobił, to czy ona zrobiłaby to z własnej inicjatywy?

Rozmowa z rodziną skończyła się po paru zdaniach. Nie miał ochoty odpowiadać na pytania typu: „No i po co ci to było?” Teściowa uznała jego internowanie za akt wyższej kary. Teść jak zwykle psio­czył na tych „wariatów z Soli­darności”, którzy o mało co Polski do zguby nie doprowa­dzili.

Napił się gorącej herbaty.

(2004)

Opublikowano opowiadanie | Dodaj komentarz

Fotografie

…koleżanka, przyjaciółka ze szkoły średniej powiedziała, że R. nie żyje.
„Zasnął i zapomniał się obudzić” – dodał Stachu, jak zwykle obojętny, cyniczny, nic go nie rusza i w ogóle twardy chłop z niego. Jak ktoś sam przez życie zasuwał, to jaki ma być? Ojca stracił, matki lekarze nie uratowali, o rodzeństwie nigdy nie słyszałem – ale, dawne dzieje, dawne, kiedy w knajpie jego rodzinnej juź chłopy do bitki się rwały, zapytali jednak wcześniej a do kogo my tu tak na to odludzie odludne na bezludziu… No to my, że my to do Stacha. Jakoś ochota do bitki im przeszła a Stachu nam poźniej wyjaśnił, że tydzień wczesniej „trochę ich poustawiał”. Znaczyło to mniej więcej tyle, ze ich nie połamał czy łbów siekierą nie poucinał, co zrobił był z dwoma tysiącami kur po śmierci matki swojej…
A teraz… R. nie żyje.
Spojrzałem na swój telefon.
Nie wierzyłem.
No dobra. Zadzwonię.
Jesli żyje, to ok, będziemy się śmiać.
Jesli nie żyje, to kto odbierze?
Odebrał syn.
Potwierdził.
Oddał telefon żonie.
Rozmowa.
Wiadomo – cicha. Wyciszona. Nasycona po brzegi serdecznoscią śmierci i jej niepojętością. Nie ma. Położył się wcześniej, zmęczony i… już się nie obudził.
– A my – zdrabnia moje imię, chwilę milczy, przełyka łzy, mówi dalej – zanim się położył, wyobraź sobie, jeszcze o twoim wierszu mówiliśmy…
No tak. Dla R. byłem poetą.
O jakim?
O „Fotografii”…
Matkojedyna…
Wiersz, który opowiada o tym, że oglądając fotografie czujemy się wspaniale, dopoki ktoś nie weźmie jednej, nie popuka w naszą twarz czy sylwetkę na zdjęciu i nie powie:
– No, a ten to już nie żyje!
Dlatego już nie lubię ludzi mieć na zdjęciach.

Opublikowano miniatury | Dodaj komentarz